środa, 4 listopada 2015

Od Rosalin

Obudziło mnie światło, wpadające przez dziurawą zasłonę, wiszącą na zasyfionym oknie. Odwróciłam się na drugą stronę, próbując uciec przed promieniami słońca. Poczułam jak sprężyny wbijają mi się w bok. Otuliłam się mocniej kocem, śmierdzącym mokrym psem.
- Kurwa... Ale mi się nie chce - szepnęłam cicho pod nosem, przejeżdżając ręką po twarzy. Co ranek to samo. Po co to robię? Wstaję, idę do miasta, próbuję wyhaczyć jakąś kasę, przeżyć a wieczorem pójść gdziekolwiek, by w środku nocy wrócić do tego syfu, na niewygodny materac i zapaść w płytki sen. Usiadłam, odrzucając cienki koc. Jeśli teraz nie wstanę, to nie zrobię tego nigdy. Z trudem podniosłam się na nogi i podeszłam do starej szafy, stojącej w rogu niewielkiego pokoju. Wyciągnęłam pierwsze lepsze ubranie, zrzucając rzeczy z wczoraj. Kiedy wciągnęłam na siebie grube legginsy, drzwi otworzyły się.
- Strasznie późno wróciłaś - zauważył Mike, siadając na materacu. Wysoki blondyn wynajmował mi pokój w swoim mieszaniu.
- Mógłbyś pukać, jeśli chciałbyś wejść - zauważyłam ze znudzeniem. Zaczynam wątpić w przypadek, że wchodzi zawsze, kiedy się przebieram. Chłopak tylko wzruszył ramionami. Przypatrzyłam mu się uważniej, podchodząc bliżej.
- Znowu brałeś - mruknęłam, widząc mocno rozszerzone źrenice.
- Tylko trochę. Ale towar pierwsza klasa - odparł, rozmarzony. - Wracaj wcześniej.
- Kupiłam sobie pierścionek. Ładny? - Spytałam, pokazując mu cienką, srebrną obrączkę z kawałkiem oszlifowanego, niebieskiego szkła na środkowym palcu.
- Piękny - odparł. - Nie chcę ciebie zbierać potem z jakiegoś rowu. Jesteś jedyną osobą, którą toleruję i która chciałaby mieszkać w takim miejscu - rozejrzał się dookoła.
- Nie będziesz musiał mnie zbierać. Obiecuję. A teraz wypad - powiedziałam, sięgając po ukochane glany. - Kupić coś?
- Mleko - rzucił blondyn, wychodząc i trzaskając drzwiami. Kiedy skończyłam wiązać buty, również wyszłam. Chwyciłam swój komplet kluczy z szafki przy drzwiach, pakując go do kieszeni lekkiej kurtki. Na klatce schodowej przywitał mnie zapach potu i moczu. Welcome home kurwa.

Cholera... Tak szybko robi się ciemno? Serio? Trzęsąc się z zimna, przemierzałam słabo oświetlone ulice Waltham. Jeśli się pospieszę, będę w domu koło drugiej, trzeciej. Zasiedziałam się w schronisku. Świetny wieczór. Nic nie zarobiłam i nie kupiłam pieprzonego mleka. Jeszcze od dobrych pięciu minut ktoś mnie śledzi. Przyśpieszyłam kroku, spuszczając głowę. Skręciłam w boczną ulicę. Jeszcze pół godziny marszu i będę w domu. Hyh... Postaram się przeżyć. Nagle moja przylepa zaczęła biec. Zrobiłam to samo, nawet nie oglądając się za siebie. Po kilkuset metrach, napastnik chwycił mnie za kaptur, ciągnąc do tyłu. Krzyknęłam, obracając się wokół własnej osi i uderzając mężczyznę prosto w twarz. Kiedy zatoczył się do tyłu, kopnęłam go w krocze. Upadł. Chwycił mnie za kostkę, podciągając do góry.
- Chciałem ci to tylko oddać - wysapał mężczyzna, podając mi jakiś przedmiot. Rozpoznałam swój portfel. Że co proszę?
- Żartujesz sobie? - Chwyciłam zgubę, chowając do kieszeni. Przez chwilę przyglądałam się jego twarzy. Wydawała się tak znajoma... Nic więcej nie mówiąc wstałam i odeszłam.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz