poniedziałek, 16 listopada 2015

Od Killiana Cd Rosalin

Próbowałem się wyrwać, ale przez to zarobiłem cios w brzuch.
- Spokojnie Killuś - rzekł mężczyzna. - Widzę, że mnie pamiętasz.
- Jakżeby inaczej, Marrey - warknąłem.
Spojrzałem na Rosalin. Patrzyła na mnie wielkimi oczami. Otworzyła usta by coś powiedzieć, ale ostatecznie je zamknęła.
- Nie mówiłeś swojej wybrance serca o mnie? - spytał z udawanym smutkiem Marrey. - To naprawdę niemiłe z twojej  strony, wiesz? i teraz takich nieprzyjemności dowiadywać się musi ode mnie.
- Kurwa, Killian, o co chodzi? - wypaliła dziewczyna.
- Zamknij się! - warknął jeden z napastników i podniósł rękę, ale ostatecznie nie uderzył Ross widząc gest Marrey'a.
- Już ci mówię, kochana - mężczyzn uśmiechnął się szpetnie. - Przenieśmy się w czasy Herosów. Ja jako diler narkotykowy i kochany Killuś, jako super sławny Heros. Interes nieźle się kręcił. Kasy było dużo. Nie można było narzekać. Gdy jednak jeden z herosów odkrył co złego robimy skopał nam dupę i kazał wypierdalać z miasta, bo jeśli jeszcze raz nas zobaczy, to nie będzie taki łaskawy. I co debile zrobiliśmy? Posłuchaliśmy go i uciekliśmy w popłochu. W innym mieście interes nie kręcił się zbyt dobrze, a szef mimo wszystko miłościwy nie jest. jednak kiedy usłyszeliśmy, że Herosi przestają już działać zaczęliśmy zacierać ręce. Odczekaliśmy jakiś czas i przyjechaliśmy. Killuś, tropię cię już od tak dawna. Myślałem, że zaszyjesz się w jakiejś dziurze, a tu co? Koleś, ty masz nawet własne kasyno!
Warknąłem coś w odpowiedzi. Znowu dostałem. Marrey uśmiechnął się i zszedł ze stołu.
- Czego chcesz? - mruknąłem.
- Jak to czego? - mężczyzna udawał zdumienie. - Pieniędzy. Czego innego mógłbym chcieć? - uśmiechnął się po czym z kieszeni marynarki wyciągnął kartkę. Uniósł brew patrząc na nią. - Hmm... Szef jest coś ostatnio zbyt łaskawy. Masz mu zwrócić 250 tyś. dzieciaku.
- A jak nie? - spytałem narażając się na kolejny cios, który tym razem nie padł.
Marrey uśmiechnął się spoglądając na Ross.
- Już ty się o nic nie martw - rzekł. - Coś wymyślimy. Ale znaj moje dobre serce, Killuś. Połowa kasy. Drugą chcę dostać za dwa miesiące.
Patrzyłem na mężczyznę z nienawiścią.
- Posłuchaj mnie teraz uważnie, dzieciaku - powiedział. - Moi koledzy cię puszczą. Puszczą cię samego. I teraz masz wybór: dać nogę i zostawić na pastwę losu tą, twoją dziewuchę, a także narazić się na to, że zginiesz w przeciągu kilku dni lub iść do swojego sejfu, spakować pieniądze do jakiejś ładnej torby i je nam przynieść. Daje i 30 sekund do namysłu. Start.
Zamknąłem oczy. Miałem różne myśli co do tego, ale wybrałem tą, którą uważałem za najlepszą.
- Koniec - warknął Marrey. - Puśćcie go.
Poczułem jak rozluźniają uścisk. Coś kazało zdzielić mi napastników po mordach, ale nie posłuchałem tego cichego, nikłego głosiku. Powoli ruszyłem w stronę sypialni.
- Uciekaj Killian! - krzyknęła Ross.
Nie uciekłem. A jej chyba nie uderzyli. Mam taką nadzieję.
Po jakimś czasie wróciłem z pokoju z brązową torbą w ręku. Podałem ją Marrey'owi. Ten chwycił ją, otworzył i zaczął liczyć za wartość.
- Hm... - mruknął. Niby miała być połowa, ale dobra.
- Tym dodatkiem kupuję sobie dodatkowy miesiąc - powiedziałem.
Mężczyzna patrzył na mnie nienawistnym wzrokiem.
- Stoi - rzekł przez zaciśnięte zęby.
Marrey zaczął wychodzić z pokoju. Kiedy puścili Rosalin, ja nagle poczułem niesamowity ból w niezidentyfikowanym miejscu. Zgiąłem się w pół i padłem na kolana dysząc:
- Kurwa, ale boli - po czym osunąłem się w ciemność.

Rosalin?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz