Szedłem sobie ulicą. Było ciemno. Zobaczyłem samotny portfel leżący na
ulicy. Podniosłem go i rozejrzałem się dookoła. Nikogo nie było. Już
miałem schować portfel do kieszeni i pójść dalej, ale poczułem coś
dziwnego.
- Och, cześć sumienie - mruknąłem. - Myślałem, że nie żyjesz.
Ponownie się rozejrzałem. Tam, chen w oddali ktoś szedł.
- To ostatni raz.
Przyśpieszyłem kroku. Byłem już prawie za tym kimś. Zacząłem biec. Osoba
przede mną również. Gdy byłem blisko, chwyciłem tego kogoś za kaptur.
Krzyknął obracając się. Dostałem w twarz. A gdy zatoczyłem się do tylu
dostałem jeszcze w krocze. Upadłem jednak chwyciłem dziewczynę (albo tak
zauważyłem między kolejnymi ciosami) za kostkę.
Do dupy z takim pomaganiem, pomyślałem. Kiedyś byli bardziej wdzięczni.
- Chciałem ci to tylko oddać - wysapałem podając jej przedmiot.
- Żartujesz sobie? - spytała chwytając zgubę i chowając do kieszeni.
Przez chwilę przyglądała mi się, co uznałem za lekko dziwaczne, po czym
nic nie mówiąc wstała i odeszła.
Jęknąłem.
- Czekaj - powiedziałem powoli gramoląc się na nogi. - Żadnego dziękuję nie powiesz, swojemu bohaterowi, skarbeńku?
- Prędzej jeszcze raz bym ci przypierdoliła w krocze - stwierdziła.
- Uuu... Jaka zadziorna - wstałem powoli. - Cieszmy się i radujmy, więc, że nie zatrzymałem tej zguby dla siebie.
Dziewczyna przewróciła oczami.
- A nie chcesz poznać imienia swego wybawcy? - spytałem.
- Nie - odparła krótko.
- W sumie to dobrze, bo i tak bym ci nie powiedział. Trudno. Do zobaczenia w przyszłości skarbeńku.
I nie czekając na jej odpowiedź odwróciłem się i poszedłem przed siebie.
Fajnie byłoby znowu poskakać po dachach, pomyślałem. Rozejrzałem się
dookoła. Nikogo nie było. Podbiegłem pod najbliższy budynek i zacząłem
się wspinać. Po chwili biegałem po dachu niczym pan tego miasta. Niczym
jak za starych, dobrych czasów.
<Jak tam dalej idzie, skarbeńku?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz