Westchnąłem.
- Gdzie go znalazłaś? - spytałem.
- Kosz na śmieci się przewrócił. Zauważyłam jak w worku się coś rusza. Odwiązałam supeł i znalazłam jego - pokazała na małego psa. - Poszłam z nim do weterynarza.
Przetarłem oczy ręką.
- I byłaś tam cały dzień?
- Nie, kurwa! Poszłam tam, ale jako, że nikogo nie było stwierdziłam "pierdole nie robię" i sobie poszłam.
- Jak go nazwiemy?
Rosalin patrzyła na mnie przez chwilę.
- Co? - zapytała.
- Jak go nazwiemy? Zawsze chciałem mieć psa, mówiłem ci przecież.
- Ym... - dziewczyna zmieszała się.
Machnąłem ręką.
- Później się tym zajmiemy. Co powiedział weterynarz?
- Że to samiec. Ale rasy nie mógł w pełni zidentyfikować. Powiedział, że prawdopodobnie to wilczak czechosłowacki, ale mógł się mylić. I zalecił mi bym mu kupiła kilka maści i żeby go myć, bo ma pchły.
Skinąłem głową. Szczeniak zaczął piszczeć.
- Postaw go na ziemi - poleciłem Ross. Dziewczyna zrobiła to. Wyciągnąłem z kieszeni 100 dolarowy banknot i podałem jej. - Leć do sklepu po coś do jedzenia, obrożę i te maśći. I nie martw się, skarbusiu. Blaze jest w dobrych rękach.
Rosalin zmarszczyła brwi.
- Blaze? - spytała.
- Ktoś musiał mu wymyślić imię, nie? - uśmiechnąłem się do niej. - Leć!
Dziewczyna wyszła szybko z pokoju. Usłyszałem jak zatrzaskuje drzwi.
Rosalin?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz