piątek, 22 stycznia 2016

Od Killiana Cd Rosalin

 - Mogłaś chociaż to jakoś wyjaśnić, Ross - mruknąłem idąc do gabinetu. Otworzyłem biurko i wygrzebałem stamtąd starą, zniszczoną księgę, kartki i długopis. Szybkim krokiem poszedłem do siebie. Przebrałem się po czym położyłem się na łóżku. Przekartkowałem księgę znajdując fragment na, którym skończyłem ostatnio tłumaczyć. Chwyciłem kartkę i długopis, a później zacząłem zabawę z tłumaczeniem.

***

- Mów co to jest! - krzyknąłem wbijając mocniej nóż w nogę Nathaniela.
Ten zwijał się z bólu i gdyby nie to, że w ustach miał szmatkę, to słychać by go było w całym budynku.
- Gadaj, starcze - wysyczałem przez zęby. - Wyciągnę ci teraz tę szmatkę z ust, a ty nie będziesz krzyczał, jasne? Mimo, że ciebie nie zabiję to mogę zrobić ci coś o wiele gorszego. A twoi bliscy ucierpią. Rozumiemy się?
Nathaniel gorączkowo pokiwał głową. Wyciągnąłem mu szmatkę z ust.
- Co to jest esencja ludzkiego snu? - warknąłem.
- Przedmiot - wycharczał mężczyzna. - Musisz wziąć coś ze snu. Ludzkiego snu... Koniecznie ludzkiego. Nie możesz wejść do swojego i zabrać coś stamtąd.
Uśmiechnąłem się.
- Dziękuję za informacje, Nat - skrzywiłem się. - Dziwię się, że to mówię, ale dobrze się z tobą współpracuje.
Kopnąłem go jeszcze w brzuch. Ten upadł na podłogę, jęcząc z bólu.

***

Zapukałem do drzwi. Otwarły się one po chwili i zauważyłem tego całego Luke'a.
- Czego chcesz? - warknął i już miał zamknąć drzwi, ale przyblokowałem je nogą.
- Mogę wejść? - spytałem.
Chłopak patrzył na mnie przez chwilę, po czym skinął głową. Kontrolowanie innych jest takie fajne!
- Mam rum - powiedziałem z uśmiechem.
Luke tez się uśmiechnął.

***

- To na serio tak było! - zaśmiał się Luke pijąc kolejną szklankę rumu.
Był już zmroczony alkoholem. Dobrze. Wprowadźmy plan w życie.
- Hahahaha! Nie wierzę! - wybuchnąłem udawanym śmiechem.
- To uwierz - zachichotał.
- Luke, jest późno. Może pójdziesz spać? - zerknąłem na niego.
Chłopak spojrzał na mnie. Przyglądał mi się przez chwilę, po czym ziewnął i upadł na podłogę. Po chwili słyszałem jego chrapanie.
- Ech. Czego się nie robi by posiąść moc - mruknąłem.
Wyciągnąłem sztylet. Zacząłem szeptać zaklęcie. Wszystko wokół mnie zawirowało, a ja zniknąłem i pojawiłem się gdzieś indziej. Wszystko było takie... Niebieskie.
- Super sen - stwierdziłem rozglądając się dookoła. Na komodzie stała waza z kwiatkiem. - Może być - chwyciłem ją szybko. Znowu wypowiedziałem zaklęcie i wyszedłem ze snu.
Luke dalej spał.
- Nic nie będziesz pamiętać, jak się obudzisz - warknąłem do niego.
Rozbiłem wazon sztyletem. Zamiast magicznej poświaty, ostrze rozjarzyło się do czerwoności. Upuściłem je na podłogę. Na dłoni miałem przypaloną skórę. Chwyciłem sztylet w jakąś szmatkę i wyszedłem z pokoju.

***

- Dlaczego to nie zadziałało?! - wydarłem się na Nathaniela.
- Nie wiem - wychrypiał. - Być może nie był do końca człowiekiem.
Już miałem go pobić, ale opanowałem się.
- Mam nadzieję, że pomożesz mi namierzyć jakieś człowieka. Tylko i wyłącznie człowieka - warknąłem. - Bo jak nie, to ktoś z twojej rodziny, pożegna się z życiem.
Oczy starca rozszerzyły się.
- Błagam - wyjęczał. - Nie rób im...
- To mi pomóż do cholery! Czekam do jutra. I postaraj się.
Wyszedłem z piwnicy


Rosalin?

środa, 18 listopada 2015

Od Rosalin Cd. Killiana

- Sam wstawisz te pieprzone drzwi - powiedziałam, podchodząc do łóżka.  - Zamierzasz po prostu uciec tchórzu?
- Ross... Zostaw mnie. Mam zły humor- mrukną Killian,marszcząc brwi. - I jestem zmęczony.
-Pierdol się - mruknęłam, pokazując mu środkowy palec.
- Tobie bardziej się to przyda skarbusiu - zauważył mężczyzna z sprośnym uśmiechem, dalej nie otwierając oczu.
- Grr... - warknęłam, dusząc w sobie ochotę uduszenia go. Wyszłam, prawie uderzając drzwiami jakąś pielęgniarkę. Pewnie podsłuchiwała. W sumie i tak mam to w dupie. Wyszłam na chłodną ulicę, otulając się mocniej,cienkim płaszczem. Przez całą drogę do mieszkania  przeklinałam Killiana pod nosem.Pieprzony, pierdolony idiota... Zrzuciłam torbę z ramienia, klękając przed rozwalonymi drzwiami. Nie wyglądały za dobrze. Zacmokałam głośno, próbując je wstawić.
***
- Kurwa mać! By was szatan pochłonął! - Krzyknęłam, kopiąc zrezygnowana w drewno. Dziesiąty raz próbuję je podnieść i nic! - Psia wasza mać do kurw..
- Przepraszam... - zauważył cichy, aczkolwiek uprzejmy głos za moimi plecami. Odskoczyłam, odwracając się w stronę wysokiego, jasnowłosego chłopaka. Był mniej więcej w moim wieku. - Może mogę jakoś pomóc? - Uśmiechnął się oszałamiająco, odsłaniając białe zęby. Założyłam włosy za ucho, spalając buraka.
- Jasne. W sumie to miło...- burknęłam, osuwając się na bok. Patrzyłam jak powoli podchodzi, chwytając drzwi. Gładko wstawił je na swoje miejsce, naprężając imponujące mięśnie. Przygryzłam lekko wargę, odwracając wzrok.
- I gotowe. Przy okazji. Jestem Luke - chłopak wstał otrzepując kolana. Wyciągnął rękę w moją stronę.
- Rosalin - przedstawiłam się. - Mieszkasz tutaj? Nie widziałam cię wcześniej - uśmiechnęłam się lekko.
- Właśnie się wprowadzam. Mieszkam piętro niżej, ale twoje krzyki było słychać aż na ulicy - zaśmiał się. Poczułam jak policzki robią mi się czerwone. Znowu.
- Naprawdę? Jezu... Wejdziesz na chwilę? - Zaproponowałam, wskazując na drzwi.- Mojego współlokatora nie ma, więc nikt nie będzie nam ślęczeć nad głową. A on potrafi być wkurzający - przewróciłam oczami.
- Powinienem się rozpakowywać... Może wpadnę za godzinę? -Odparł Luke, patrząc za zegarek. -Przyniosę coś do jedzenia czy coś...
- Jasne - skinęłam głową, wchodząc do mieszkania. - To do zobaczenia.
***
Zaśmiałam się głośno, wylewając resztki wina z butelki. Luke siedział od dobrych kilku godzin. W sumie to zbliżała się dziewiąta, ale nie przeszkadzało mi jego towarzystwo. Wręcz przeciwnie. Było miło i wesoło.
- Czyli... Chciałeś ratować kaczkę przed utonięciem tak? - Spytałam, opierając się wygodnie o sofę.
- Miałem pięć lat - Luke uśmiechnął się, kręcąc głową. - Dzieciństwo jest jak dobra impreza.Wszyscy wiedzą co robiłeś tylko nie ty.
- Nie wiem - wzruszyłam ramionami. -Nigdy na żadnej nie byłam.
- Nie?!
- Powiedzmy, że raczej nie mam wesołej przeszłości - skrzywiłam się. - Nie chcę o tym gadać - mruknęłam, widząc jego minę. Nagle on mnie przytulił. Tak po prostu. Przez chwilę siedziałam sztywno, nie do końca wiedząc co się stało. Objęłam go w końcu, opierając brodę o jego ramię. Odetchnęłam głęboko, zamykając powieki. Mogłabym tak siedzieć do końca świata. Chłopak odsunął się jako pierwszy. Nim zdążyłam się cofnąć, chwycił mnie za podbródek. Odwróciłam lekko głowę, zmieszana spuszczając wzrok. Luke dotknął mojego policzka, lekko muskając wargami moje usta. Spojrzałam na niego zdziwiona i zszokowana.Uderzyłam go z liścia w twarz.
-Za szybko.. Boże ... Idiota ze mnie.. - chłopak zaczął gadać jak pokręcony. To alkohol. Na pewno tak. Wszystko ten pieprzony alkohol.Trzeba było skończyć na jednej butelce...Przysunęłam się do niego, ujmując jego twarz w dłonie i oddałam pocałunek. Mizialiśmy się przez chwilę, aż Luke popchnął mnie do tyłu. Opadłam na poduszki, oddychając płytko. Alkohol, alkohol, alkohol... Chłopak schodził właśni na moją szyję, kiedy zadzwonił telefon.
-Czekaj - powiedziałam, odpychając go lekko. Odebrałam.
- Hej... Jak tam? Żyjesz jakoś?- Spytał Killian.
- W szpitalu nie ma czegoś takiego jak cisza nocna?- Mruknęłam, lekko wytrącona z równowagi. Luke wyjął mi słuchawkę z dłoni.
- Wybacz, ale Rosalin jest trochę zajęta - wymruczał, przerywając połączenie i odkładając telefon na stół. Wrócił do powolnego całowania mojej szyi. Telefon znowu zadzwonił. - Ignoruj to - mruknął blondyn. Nie. Tego nie dało się ignorować. Zresztą... Wróciło mi trzeźwe myślenie. W końcu.
- Lepiej będzie jak pójdziesz - powiedziałam, znowu go od siebie odpychając. - Znając go, to zaraz tu przybędzie z odsieczą - wstałam, doprowadzając włosy do porządku. - Dobranoc. Wiesz gdzie są drzwi - machnęłam w nieznanym kierunku, opierając czoło o dłonie. Musze odpocząć. Kiedy Luke wyszedł, przekręciłam klucz w zamku i poszłam spać.
***
Rano obudziło mnie wściekłe walenie.
- Chwila! - Wyskoczyłam z łóżka, zaplątując sie w pościel. Otworzyłam drzwi by zobaczyć twarz bardzo wściekłego Killiana.
- Gdzie on jest? - Warknął, łapiąc mnie za ramiona i potrząsając.
- Wyszedł wieczorem - powiedziałam. -Przestań mną trząść i wracaj do szpitala!
- Wyjaśnisz mi co on robił w MOIM mieszkaniu bez MOJEJ zgody? - Spytał, mocno wbijając paznokcie w moją rękę.
- Puśc mnie! - krzyknęłam, mocno nadeptując mu na nogę. - Pomógł mi z drzwiami. Wprowadził się tutaj i... - zaniemówiłam na widok Luka, uzbrojonego w wałek do ciasta. Killian też go zauważył. - Co ty chcesz z tym zrobić? Pierogi lepić? - Spojrzałam na niego z zażenowaniem.
- Ty! -Kill ruszył w jego stronę. - Za kogo ty się kurwa uważasz?!
- Spokój! -Próbowałam ich rozdzielić, ale to na nic. Dwójka samców zaczęła walkę  na spojrzenia i wypinanie klaty. Pobiegłam do kuchni, chwytając jedną z pustych butelek po winie i wróciłam do korytarza. Byli tuż przy schodach. Jeszcze chwila i zlecą oboje. Z całej siły uderzyłam butelką o ziemię, roztrzaskując ją w drobny mak.
- Spokój do kurwy nędzy! Ty - wskazałam na Luke'a. - Wróć do siebie do mieszkania i nie wtrącaj się póki co. Killian. Do mieszkania. Ubierz się w coś porządnego, bo zaraz ci spodnie zjadą - spojrzałam tylko na szpitalne portki,  których przyjechał i cofnęłam się do mieszkania. Po kilku sekundach usłyszałam dźwięk zatrzaskiwanych drzwi.
- Co ty ...
- Killian. Jestem kobietą wolną i mam swoje zachcianki - powiedziałam nie patrząc na niego. - Nie rozwaliłam ci chaty. Nawet posprzątałam. I nie wtrącaj się więcej w moje życie prywatne - szybkim krokiem oddaliłam się do swojego pokoju. Płacz ugrzązł mi gdzieś w gardle. Mężczyzna chwycił mnie za nadgarstek, odwracając w swoją stronę, Dokładnie zmierzył mnie wzrokiem.
- Ale na pewno wszystko w porządku?
- Tak. Moje dziewictwo zostało nienaruszone. Chcesz sprawdzić? - Spytałam, prawie załamana. Przez chwilę sprawiał wrażenie, jakby był do tego zdolny. Przewróciłam tylko oczami, wyrywając się z jego uścisku i zniknęłam w swoim pokoju,przekręcając klucz w zamku. Rzuciłam się na łóżko, płosząc śpiącego Blaze'a. Zaczęłam cicho szlochać, tłumiąc jakikolwiek dźwięk poduszką.

Kill?

Od Killiana Cd Rosalin

Wzruszyłem ramionami. Albo raczej próbowałem bo od razu przeszył mnie ból.
- Tak - powiedziałem - Chyba...
- Wiesz, że oni nie dadzą ci spokoju, prawda? - spytała Ross. - Będą chcieli więcej. Będą chcieli zemsty.
- Nie dałaś mi dokończyć, skarbusiu - uśmiechnąłem się. - Musze załatwić parę spraw. Jeśli mi się uda, wyjadę i będzie tak jakby mnie nie było.
Rosalin patrzyła na mnie w milczeniu.
- A kim jest ten cały szef? - zapytała po chwili.
- Wiem tyle co Marrey. Nigdy nie rozmawia z nikim bezpośrednio, zawsze przez pośredników. Z tego co wiem, to nikt go nie widział.
- Dlaczego mi nic nie mówiłeś? - Rosalin spojrzała na mnie z wyrzutem.
- Niektórych ran lepiej nie zdrapywać, jeśli się jeszcze nie zagoiły.
- Jesteś strasznie tajemniczy - mruknęła.
- Mam swoje powody. Nie ufam wszystkim jak leci. Na moje zaufanie trzeba sobie zasłużyć jak Ethan i Savara.
- A co ze mną? - spytała Ross. - Sam zaproponowałeś bym u ciebie została.
Uśmiechnąłem się.
- Przyjmijmy, że to kredyt zaufania. Gdybym w mieszkaniu był sam, mogłoby to się skończyć inaczej.
- Ech... - westchnęła dziewczyna. - Wiesz, że jesteś chodzącą zagadką? Ty wiesz o mnie praktycznie wszystko, a ja o tobie nic.
- Za bardzo się mnie czepiasz - stwierdziłem. - Ale dobrze, opowiem ci coś. Kiedy stwierdzę, żeby nie mówić więcej, nie powiem. Usłyszysz tyle ile uważam za stosowne byś wiedziała.
Rosalin pokiwała głową z powagą.
- Miałem kiedyś syna. Nazywał się Michael. Wiesz czemu tak "strzegę" gabinetu? To był jego pokój. Lubię tam siedzieć bo przypomina mi o nim.
- Co się stało? - zapytała dziewczyna w wyraźnym szoku.
- Tego nie muszę ci już mówić - odparłem. - Więcej informacji nie potrzebujesz - ułożyłem się wygodniej i zamknąłem oczy. - Proszę nie męcz mnie już. Chcę iść spać. Jeżeli wrócisz do domu to możesz wstawić drzwi - to było ostatnie co powiedziałem po czym zasnąłem.

Rosalin?

poniedziałek, 16 listopada 2015

Od Rosalin Cd. Killian

- Killian... Killian! - Krzyknęłam, klęcząc koło mężczyzny. Marrey odwrócił się, patrząc na to z nieskrywanym wstrętem, po czym prychnął i wyszedł.
- Los się o kogoś upomniał - powiedział tylko, zamykając drzwi.
- Sukinsyn - mruknęłam pod nosem, przykładając ucho do klatki piersiowej Killa. Odetchnęłam z ulgą.Oddychał. Chwyciłam jego nogi i podniosłam do góry. - Nie umieraj mi tu dupku. Nie zdobędę tyle kasy. No i trochę będę tęsknić - szepnęłam, ciągnąc do w stronę sofy. Ramiona bolały mnie od ciągłego wykręcania ich przez tych pieprzonych osiłków. Po dobrych pięciu minutach położyłam Killiana na sofie. Ściągnęłam mu koszulkę. Wciągnęłam gwałtownie powietrze na widok pięknego, wielkiego siniaka na jego brzuchu.  Ostrożnie zaczęłam macać mu żebra by sprawdzić, czy żadne z nich nie jest złamane.
- Ross?Nie spodziewałem się tego po tobie - Kill ocknął się i nawet wysilił na kiepski żart.
- Zamknij się - warknęłam tylko. - Potem z tobą pogadam. Póki co nie ruszaj się jasne? - Poszłam do łazienki, by poszukać jakiejś maści na obicia. Nagle coś stłukło się w salonie. Killian leżał na boku, wymiotując krwią. - Cholera! - Krzyknęłam, podbiegając do niego. Znowu zemdlał. Chwyciłam telefon i zadzwoniłam na pogotowie.
***
Siedziałam na jednym z tych niewygodnych, szpitalnych krzeseł w poczekalni, tępo patrząc się przed siebie. Byłam sama. W całym korytarzu panowała cisza i pustka. Zerknęłam na zegar ścienny, który wskazywał trzecią nad ranem.  Odetchnęłam głęboko, kryjąc twarz w dłoniach.Nie wiem ile tak siedziałam. Ktoś stanął nade mną i odchrząknął głośno. Podniosłam głowę, patrząc jak naćpana na niewyraźną twarz lekarza.
- Rosalin?
- Tak.
-  Michael ma się dużo lepiej. Udało nam się zatamować krwawienie wewnętrzne. Muszę się jednak spytać, co się stało? - Mężczyzna usiadł koło mnie, patrząc wyczekująco, z długopisem nad kartką.
- Wracaliśmy z restauracji, kiedy ktoś nas zaatakował. Nie pamiętam ich twarzy - skłamałam gładko. - Pobili nas. Udało nam się dojść do mieszkania, ale wtedy Mich zemdlał.
- I zadzwoniłaś do nas - dokończył lekarz. Skinęłam tylko głową, patrząc się przed siebie.
- Mogę go zobaczyć? - Spytałam, wstając z krzesełka.
- Oczywiście. Mówiłaś, że jesteście zaręczeni tak?
- Tak - odparłam chłodno, idąc za nim. Coraz mniej mi się to wszystko podobało. Miałam ochotę po prostu się położyć i zasnąć. Weszłam do niewielkiego pokoju, gdzie leżał Killlian. Wyglądał całkiem nieźle. Spał, oddychając miarowo. Skrzywiłam się na widok długiego rozcięcia na całym prawym boku. - Skarbie...? - Usiadłam na skraju łóżka, chwytając jego dłoń. Był tak przyjemnie ciepły...
- Niedługo powinien wybudzić się z narkozy - poinformował mnie lekarz, po czym wyszedł. Położyłam się obok Killa, patrząc na niego z troską. Mimo że jest strasznym idiotą to... Nie. W sumie to tylko tyle, że jest strasznym idiotą. Przytuliłam się do niego by nie spaść i po jakiś czasie zasnęłam.
***
Rano obudziła mnie pielęgniarka.
- Musi Pani zejść - zauważyła chłodno piguła.
- Oczywiście - ziewnęłam szeroko, schodząc z łóżka. Patrzyłam jak kobieta mierzy Killianowi temperaturę, patrzy na szwy i takie tam.
- Ross... - mruknął mężczyzna. Podskoczyłam na dźwięk jego schrypniętego głosu od razu podchodząc do łózka. Chwyciłam jego dłoń, całując go jednocześnie w policzek.
- Już dobrze... Jestem tutaj  uśmiechnęłam się sztucznie ze względu na obecność piguły. Gdyby jej tu nie było, Killian by oberwał. - Nie mów nic - położyłam mu palec na ustach. Oczy mężczyzny rozszerzyły się trochę, jednak siedział cicho. Poczekałam aż pielęgniarka wyszła, po czym puściłam jego rękę.
- Wiesz ile musiałam kurwa kłamać? Wiesz?! - prawie krzyczałam. - Kurwa!
- Spokojnie Ross... Co się w ogóle stało?
- Krwawiłeś wewnętrznie, więc zadzwoniłam po pogotowie - mruknęłam. -  Odratowali cię na szczęście. Masz na imię Michael jak coś.
- A co z tobą...? Gdybyś była współlokatorką, nie wpuściliby cię do mnie - zauważył mężczyzna, marszcząc brwi. Próbował się podnieść, jednak syknął z bólu.
- Nie wiszę ci już żadnej przysługi - powiedziałam tylko, czując jak czerwienieją mi policzki. - Dawno tyle nie kłamałam i nie udawałam - odwróciłam się w stronę okna, podchodząc do niego. Otworzyłam je szeroko, wpuszczając do środka świeże powietrze. - Zamierzasz mu zapłacić? Temu całemu szefowi? - Spytałam obojętnie, opierając się plecami o parapet. - Kim on w ogóle jest?

Kill?

Od Killiana Cd Rosalin

Próbowałem się wyrwać, ale przez to zarobiłem cios w brzuch.
- Spokojnie Killuś - rzekł mężczyzna. - Widzę, że mnie pamiętasz.
- Jakżeby inaczej, Marrey - warknąłem.
Spojrzałem na Rosalin. Patrzyła na mnie wielkimi oczami. Otworzyła usta by coś powiedzieć, ale ostatecznie je zamknęła.
- Nie mówiłeś swojej wybrance serca o mnie? - spytał z udawanym smutkiem Marrey. - To naprawdę niemiłe z twojej  strony, wiesz? i teraz takich nieprzyjemności dowiadywać się musi ode mnie.
- Kurwa, Killian, o co chodzi? - wypaliła dziewczyna.
- Zamknij się! - warknął jeden z napastników i podniósł rękę, ale ostatecznie nie uderzył Ross widząc gest Marrey'a.
- Już ci mówię, kochana - mężczyzn uśmiechnął się szpetnie. - Przenieśmy się w czasy Herosów. Ja jako diler narkotykowy i kochany Killuś, jako super sławny Heros. Interes nieźle się kręcił. Kasy było dużo. Nie można było narzekać. Gdy jednak jeden z herosów odkrył co złego robimy skopał nam dupę i kazał wypierdalać z miasta, bo jeśli jeszcze raz nas zobaczy, to nie będzie taki łaskawy. I co debile zrobiliśmy? Posłuchaliśmy go i uciekliśmy w popłochu. W innym mieście interes nie kręcił się zbyt dobrze, a szef mimo wszystko miłościwy nie jest. jednak kiedy usłyszeliśmy, że Herosi przestają już działać zaczęliśmy zacierać ręce. Odczekaliśmy jakiś czas i przyjechaliśmy. Killuś, tropię cię już od tak dawna. Myślałem, że zaszyjesz się w jakiejś dziurze, a tu co? Koleś, ty masz nawet własne kasyno!
Warknąłem coś w odpowiedzi. Znowu dostałem. Marrey uśmiechnął się i zszedł ze stołu.
- Czego chcesz? - mruknąłem.
- Jak to czego? - mężczyzna udawał zdumienie. - Pieniędzy. Czego innego mógłbym chcieć? - uśmiechnął się po czym z kieszeni marynarki wyciągnął kartkę. Uniósł brew patrząc na nią. - Hmm... Szef jest coś ostatnio zbyt łaskawy. Masz mu zwrócić 250 tyś. dzieciaku.
- A jak nie? - spytałem narażając się na kolejny cios, który tym razem nie padł.
Marrey uśmiechnął się spoglądając na Ross.
- Już ty się o nic nie martw - rzekł. - Coś wymyślimy. Ale znaj moje dobre serce, Killuś. Połowa kasy. Drugą chcę dostać za dwa miesiące.
Patrzyłem na mężczyznę z nienawiścią.
- Posłuchaj mnie teraz uważnie, dzieciaku - powiedział. - Moi koledzy cię puszczą. Puszczą cię samego. I teraz masz wybór: dać nogę i zostawić na pastwę losu tą, twoją dziewuchę, a także narazić się na to, że zginiesz w przeciągu kilku dni lub iść do swojego sejfu, spakować pieniądze do jakiejś ładnej torby i je nam przynieść. Daje i 30 sekund do namysłu. Start.
Zamknąłem oczy. Miałem różne myśli co do tego, ale wybrałem tą, którą uważałem za najlepszą.
- Koniec - warknął Marrey. - Puśćcie go.
Poczułem jak rozluźniają uścisk. Coś kazało zdzielić mi napastników po mordach, ale nie posłuchałem tego cichego, nikłego głosiku. Powoli ruszyłem w stronę sypialni.
- Uciekaj Killian! - krzyknęła Ross.
Nie uciekłem. A jej chyba nie uderzyli. Mam taką nadzieję.
Po jakimś czasie wróciłem z pokoju z brązową torbą w ręku. Podałem ją Marrey'owi. Ten chwycił ją, otworzył i zaczął liczyć za wartość.
- Hm... - mruknął. Niby miała być połowa, ale dobra.
- Tym dodatkiem kupuję sobie dodatkowy miesiąc - powiedziałem.
Mężczyzna patrzył na mnie nienawistnym wzrokiem.
- Stoi - rzekł przez zaciśnięte zęby.
Marrey zaczął wychodzić z pokoju. Kiedy puścili Rosalin, ja nagle poczułem niesamowity ból w niezidentyfikowanym miejscu. Zgiąłem się w pół i padłem na kolana dysząc:
- Kurwa, ale boli - po czym osunąłem się w ciemność.

Rosalin?

niedziela, 15 listopada 2015

Od Rosalin Cd. Killian

Czyjś krzyk obudził mnie w środku nocy. Usiadłam gwałtownie na łóżku, głaszcząc śpiącego Blaze'a. Powoli otworzyłam szufladę od szafki nocnej i wyciągnęłam z niej nóż. Wstałam, wychodząc do salonu najciszej jak potrafiłam. Wszędzie było ciemno. Jedynie w gabinecie Killiana paliło się światło. Podeszłam tam, powoli otwierając drzwi. Odetchnęłam z ulgą, kiedy zobaczyłam śpiącego mężczyznę. Schowałam nóż i ruszyłam w jego stronę.
- Killian. Killiaaan... - szepnęłam, potrząsając ramieniem czarnowłosego.
- Hmm...? Ross? Ross! - Poskoczył jak oparzony, uderzając mnie czołem w nos. Odskoczyłam do tyłu.
- Idioto! - krzyknęłam, łapiąc się za bolącą twarz.
- Mówiłem ci, byś tu nie wchodziła - warknął Kill, zamykając jakaś księgę.
- Słyszałam krzyk i myślałam, że ktoś się włamał, albo coś ci się stało... - mruknęłam. - Zajebiście - westchnęłam, widząc krew na ręce. Odeszłam bez słowa, kierując się do kuchni. Zmoczyłam jakiś ręcznik i zaczęłam wycierać szkarłatny płyn z twarzy. - Masz twardą czaszkę - zauważyłam, nawet się nie odwracając. Wiem, że przyszedł za mną.
- Nie rób tego więcej jasne? - Spytał poważnie Killian.
- Spokojnie. Zrozumiałam za pierwszym razem - spojrzałam na niego.
- Czy to nóż?
- To na wypadek, gdybyś znowu chciał się do mnie dobierać - wyjaśniłam. - Dobranoc - minęłam go obojętnie, idąc do swojego pokoju. Zamknęłam drzwi na klucz, gdyby jednak strzeliło mu coś do głowy.
***
Kiedy następnego ranka wstałam, przywitał mnie zapach świeżo zmielonej kawy i smażonego boczku. Niczym na skrzydłach wyszłam z pokoju i poleciałam do kuchni. Killian w samych spodenkach od piżamy robił właśnie śniadanie.
- Dzień dobry - wskoczyłam na jeden z blatów, porywając mu kawę.
- Ej... To moja kawa.
- Już nie - pokazałam mu język. - Robisz coś dzisiaj?
- W sumie to nie - odparł chłopak, ściągając jajecznicę na dwa talerze. Podał mi jeden z nich. - A czemu pytasz?
- Może gdzieś wyjdziemy? - zaproponowałam, wzruszając ramionami. - Na obiad na przykład. Nie chce mi się niczego gotować. Tobie pewnie też nie. A przy okazji wejdziemy z Blaze'm do weterynarza na kontrolę.
- Dobrze skarbusiu. Bądź gotowa koło drugiej. Tylko ubierz się ładnie. Póki co muszę popracować - Kill ukradł mi kubek z kawą i zniknął w swoim świętym gabinecie. Westchnęłam cicho, samotnie skubiąc jajecznicę.
***
Punktualnie o czternastej wyszłam z pokoju.
- Liczyłem na jakąś sukienkę, ale może być - mruknął Killian, uśmiechając się lekko. Sam był ubrany w zwykłe jeansy, koszulkę i marynarkę.
- Mam ich dość na najbliższy czas - wyjaśniłam, poprawiając bordowy sweter. Szybko wciągnęłam tenisówki i ruszyliśmy do wyjścia.  Oszczędziliśmy sobie jazdy samochodem i poszliśmy spacerem. W restauracji  byliśmy po półgodzinie. Usiedliśmy i częstowaliśmy się czerwonym winem, czekając aż przyniosą nam zamówione jedzenie.
- Killian... - zmarszczyłam brwi, pochylając się do chłopaka. - Facet w czarnych okularach siedzący za tobą ciągle się na nas gapi - mruknęłam. Kill odwrócił się dyskretnie. Jego oczy zrobiły się z dwa razy większe.
- Idziemy. Już. Nie odwracaj się - polecił mi chłodno, chwytając mnie za łokieć.
- Co jest? - Spytałam zdenerwowana, wykonując jego polecenia.
- Powiedzmy, że się nie lubimy. Nie wahaj się strzelać - kiedy tylko wyszliśmy na ulicę, podał mi pistolet. Skrzywiłam się, jednak wzięłam go i schowałam do kieszeni. - Mam jednak nadzieję, że się nie przyda. Raczej nie odważą się nas zaatakować na środku ulicy.
- Kurwa Killian. Co się dzieje? - Spytałam, przyśpieszając kroku.
- Wyjaśnię ci potem - rzucił tylko. - Teraz biegnij - mruknął, robiąc to samo. Przemierzyliśmy wszystkie możliwe boczne uliczki, zanim doszliśmy do naszej ulicy. Kiedy dotarliśmy na piętro, okazało się, że drzwi były wyważone. Poważny Killian przyłożył palec do ust, nakazując mi ciszę. Skinęłam tylko głową, wyciągając pistolet. Odbezpieczyłam go, trzymając przy sobie w pogotowiu. Weszliśmy do środka. Wszytsko wydawało się nie tknięte.
- Idź sprawdź swój pokój. Jak coś, to strzelaj - szepnął Kill, idąc do gabinetu. Skinęłam głową, skradając się do pokoju. Pchnęłam drzwi. Nic. Pusto. Weszłam do środka, sprawdzając na wszelki wypadek szafę. W salonie padły strzały. Podskoczyłam, odwracając się gwałtownie.
- Ross! Uważaj! - Usłyszałam krzyk Killiana. W tym momencie w drzwiach pojawił się jakiś mężczyzna w skórzanej kurtce. Strzeliłam na oślep, trafiając do w udo. Upadł na ziemię z krzykiem. Zanim zdążyłam się zorientować, Pojawiła się następna trójka. Trafiłam jeszcze jednego z nich w ramię, kiedy pozostała dwójka skutecznie mnie rozbroiła.
- Zostawcie dziewczynę! Ona nic nie wie! - krzyknął Killian, trzymany przez jakiegoś osiłka. Siłą wyleczono mnie do salonu.
- Łapy przy sobie - warknęłam, kopiąc w krocze zboczeńca, który położył rękę na moim tyłku.  Zgiął się w pół.
- Ty suko... - powiedział jeden z napastników, uderzając mnie w twarz. Krzyknęłam krótko, jednak nie mogłam nic więcej zrobić, dalej trzymana przez osiłków.
- Ej! Mówiłem byś jej nie dotykał! - zawołał Killian, który przy okazji dostał w brzuch.
- Spokój kurwa! - zawołał niski człowieczek, wchodząc na stół i strzelając w sufit. Wszyscy umilkliśmy, wpatrzeni w niewielką postać. - Killian... Miło cię widzieć. Widzę, że dorobiłeś się kobiety - uśmiechnął się w moją stronę. Prychnęłam tylko, przewracając oczami. - Szef będzie zadowolony - niski człowieczek oblizał usta. Poczułam jak kolana się pode mną uginają, a żołądek wywraca na drugą stronę. W całym mieszkaniu rozległ się głośny, szyderczy śmiech.

Kill?

Od Killiana Cd Rosalin

W drzwiach przywitał mnie dźwięk dzwonka. Powolnym krokiem podszedłem do lady, za którą stała niewysoka brunetka i uśmiechała się promiennie.
- W czym mogę pomóc? - spytała.
Uśmiechnąłem się do niej i oparłem o blat.
- Pracuję tutaj i jestem fryzjerem dziecięcym - powiedziałem machając dziewczynie palcami przed twarzą.
Ta skinęła głową jak zahipnotyzowana.
- Jesteś tu sama? - spytałem.
- Na zapleczu jest Colin - odparła pokazując mi palcem, gdzie mam pójść.
Skinąłem głową.
- Dzięki. Jeśli możesz to tam na zewnątrz siedzi mały pies. Bądź tak dobra, złotko i go tutaj przyprowadź.
I nie czekając na jej odpowiedź poszedłem na zaplecze. Był tam wysoki blondyn popijający herbatę. Gdy tylko mnie zobaczył pytająco uniósł brew.
- Pracuję tutaj i jestem fryzjerem dla dzieci - powtórzyłem machając palcami.
Chłopak skinął tylko głową. Wróciłem z zaplecza. Od razu zauważyłem jak tamta brunetka rozmawia z jakąś matką z dzieckiem. Serio to będzie takie łatwe?, pomyślałem i podszedłem bliżej.
- Dzień dobry - powiedziałem uśmiechając się. - W czym mogę pomóc?
Kobieta zmierzyła mnie niepewnym wzrokiem i schowała córkę za siebie.
- To jest fryzjer dziecięcy - brunetka uśmiechnęła się. - Ostrzyże pańską córkę. To profesjonalista.
Kiwnąłem głową.
- Jak masz na imię, dziewczynko? - spytałem.
- Rosalin - odparła niepewnie dziewczynka patrząc na matkę.
- Piękne imię  - powiedziałem powstrzymując się od śmiechu. - Chodź. Zrobimy coś z twoimi włosami.
- Dobrze. To ty tutaj zostań Rosalin, a ja pójdę coś załatwić - matka uśmiechnęła się i wyszła.
Rosalin usiadła na obrotowym krześle. Założyłem jej "płachtę ochronną".
- Proszę przyciąć końcówki - powiedziała dziewczynka zanim o cokolwiek spytałem.
- Dobrze - odparłem.
Wyciągnąłem z szuflady jakieś nożyczki i grzebień.
- Wie pan, że ostatni wypadł mi ząb? - zaczęła Rosalin.
- Och, tak? To bardzo ciekawe - mruknąłem.
- Trochę bolało i polała się krew, ale tak to jest okey - kontynuowała swoją wypowiedź.
- Yhym.
Odciąłem jej kawałek włosów nożem. Ostrze zaczęło się świecić. Kolejny składnik został przeze mnie znaleziony. Chwyciłem nożyczki i zacząłem obcinać jej końcówki włosów. Nigdy nie byłem fryzjerem. A efekt końcowy może być naprawdę bardzo zabawny.
- Czy to normalne, że wypadł mi ząb? - spytała. - Mamusia i tatuś mówią, że tak, ale ja i tak się boję.
- Tak, to normalne - odparłem znudzony. - Już - dodałem po chwili zadowolony z efektu.
Ściągnąłem "łatę ochronną" z dziewczynki.
- Jak? - zapytałem.
- Ładnie - odparła przyglądając się w lustrze.
- Skoro byłaś taka dzielna w nagrodę idź i powab się z tamtym pieskiem - powiedziałem wskazując na Blaze'a.
- Piesek! - krzyknęła i pobiegła do niego. Od razu zaczęła go głaskać i tarmosić.
- Wybacz, stary - mruknąłem. - Raczej to się więcej nie powtórzy.
Uklęknąłem by pozbierać włosy dziewczynki do torebki. Wziąłem tak dużo jak tylko się dało, schowałem torebkę do kieszeni i wstałem otrzepując nogi. Podszedłem do lady.
- Zwalniam się - powiedziałem i skierowałem się w stronę Blaze'a. - Wybacz mała, ale muszę iść.
Rosalin skinęła ze smutkiem głową i usiadła na kanapie czekając na matkę. Chwyciłem za smycz psa i wyszedłem.

***

- Och - mruknąłem schodząc na sam dół. - Widzę, że już ci lepiej.
Nathaniel uśmiechał się z wyższością.
- Nic ci nie powiem - powiedział. - Nigdy się nie dowiesz jaki jest następny składnik.
Skrzywiłem się bawiąc się nożem.
- Ale ja nie potrzebuję trzeciego składnika - stwierdziłem gładko, a oczy starca momentalnie się poszerzyły. - Tylko wskazówek co do czwartego - wbiłem mu nóż w nogę.
Nathaniel zaczął krzyczeć. Chwyciłem go za podbródek.
- Cicho - syknąłem. - Im więcej składników tym bardziej boli, więc gadaj! Jaka to ma być esencja?!
- Esencja ludzkiego snu - wychrypiał. - To bardzo ważne, żeby to był człowiek. Obojętne czy czysty, czy z grzechami. Człowiek. Bez żadnych mocy.
Puściłem jego twarz i wyciągnąłem nóż czyszcząc go o ścierkę.
- Miło, że to mówisz - mruknąłem rzucając mu bandaż. - Nie opieraj się już nigdy. Wiedz, że to cię zaboli bardziej niż zabicie magicznym sztyletem.
I wyszedłem z pokoju. Usiadłem w gabinecie i zacząłem przeglądać moje notatki. Esencja ludzkiego snu... Co, kurwa?

Rosalin?