- Sam wstawisz te pieprzone drzwi - powiedziałam, podchodząc do łóżka. - Zamierzasz po prostu uciec tchórzu?
- Ross... Zostaw mnie. Mam zły humor- mrukną Killian,marszcząc brwi. - I jestem zmęczony.
-Pierdol się - mruknęłam, pokazując mu środkowy palec.
- Tobie bardziej się to przyda skarbusiu - zauważył mężczyzna z sprośnym uśmiechem, dalej nie otwierając oczu.
- Grr... - warknęłam, dusząc w sobie ochotę uduszenia go. Wyszłam, prawie uderzając drzwiami jakąś pielęgniarkę. Pewnie podsłuchiwała. W sumie i tak mam to w dupie. Wyszłam na chłodną ulicę, otulając się mocniej,cienkim płaszczem. Przez całą drogę do mieszkania przeklinałam Killiana pod nosem.Pieprzony, pierdolony idiota... Zrzuciłam torbę z ramienia, klękając przed rozwalonymi drzwiami. Nie wyglądały za dobrze. Zacmokałam głośno, próbując je wstawić.
***
- Kurwa mać! By was szatan pochłonął! - Krzyknęłam, kopiąc zrezygnowana w drewno. Dziesiąty raz próbuję je podnieść i nic! - Psia wasza mać do kurw..
- Przepraszam... - zauważył cichy, aczkolwiek uprzejmy głos za moimi plecami. Odskoczyłam, odwracając się w stronę wysokiego, jasnowłosego chłopaka. Był mniej więcej w moim wieku. - Może mogę jakoś pomóc? - Uśmiechnął się oszałamiająco, odsłaniając białe zęby. Założyłam włosy za ucho, spalając buraka.
- Jasne. W sumie to miło...- burknęłam, osuwając się na bok. Patrzyłam jak powoli podchodzi, chwytając drzwi. Gładko wstawił je na swoje miejsce, naprężając imponujące mięśnie. Przygryzłam lekko wargę, odwracając wzrok.
- I gotowe. Przy okazji. Jestem Luke - chłopak wstał otrzepując kolana. Wyciągnął rękę w moją stronę.
- Rosalin - przedstawiłam się. - Mieszkasz tutaj? Nie widziałam cię wcześniej - uśmiechnęłam się lekko.
- Właśnie się wprowadzam. Mieszkam piętro niżej, ale twoje krzyki było słychać aż na ulicy - zaśmiał się. Poczułam jak policzki robią mi się czerwone. Znowu.
- Naprawdę? Jezu... Wejdziesz na chwilę? - Zaproponowałam, wskazując na drzwi.- Mojego współlokatora nie ma, więc nikt nie będzie nam ślęczeć nad głową. A on potrafi być wkurzający - przewróciłam oczami.
- Powinienem się rozpakowywać... Może wpadnę za godzinę? -Odparł Luke, patrząc za zegarek. -Przyniosę coś do jedzenia czy coś...
- Jasne - skinęłam głową, wchodząc do mieszkania. - To do zobaczenia.
***
Zaśmiałam się głośno, wylewając resztki wina z butelki. Luke siedział od dobrych kilku godzin. W sumie to zbliżała się dziewiąta, ale nie przeszkadzało mi jego towarzystwo. Wręcz przeciwnie. Było miło i wesoło.
- Czyli... Chciałeś ratować kaczkę przed utonięciem tak? - Spytałam, opierając się wygodnie o sofę.
- Miałem pięć lat - Luke uśmiechnął się, kręcąc głową. - Dzieciństwo jest jak dobra impreza.Wszyscy wiedzą co robiłeś tylko nie ty.
- Nie wiem - wzruszyłam ramionami. -Nigdy na żadnej nie byłam.
- Nie?!
- Powiedzmy, że raczej nie mam wesołej przeszłości - skrzywiłam się. - Nie chcę o tym gadać - mruknęłam, widząc jego minę. Nagle on mnie przytulił. Tak po prostu. Przez chwilę siedziałam sztywno, nie do końca wiedząc co się stało. Objęłam go w końcu, opierając brodę o jego ramię. Odetchnęłam głęboko, zamykając powieki. Mogłabym tak siedzieć do końca świata. Chłopak odsunął się jako pierwszy. Nim zdążyłam się cofnąć, chwycił mnie za podbródek. Odwróciłam lekko głowę, zmieszana spuszczając wzrok. Luke dotknął mojego policzka, lekko muskając wargami moje usta. Spojrzałam na niego zdziwiona i zszokowana.Uderzyłam go z liścia w twarz.
-Za szybko.. Boże ... Idiota ze mnie.. - chłopak zaczął gadać jak pokręcony. To alkohol. Na pewno tak. Wszystko ten pieprzony alkohol.Trzeba było skończyć na jednej butelce...Przysunęłam się do niego, ujmując jego twarz w dłonie i oddałam pocałunek. Mizialiśmy się przez chwilę, aż Luke popchnął mnie do tyłu. Opadłam na poduszki, oddychając płytko. Alkohol, alkohol, alkohol... Chłopak schodził właśni na moją szyję, kiedy zadzwonił telefon.
-Czekaj - powiedziałam, odpychając go lekko. Odebrałam.
- Hej... Jak tam? Żyjesz jakoś?- Spytał Killian.
- W szpitalu nie ma czegoś takiego jak cisza nocna?- Mruknęłam, lekko wytrącona z równowagi. Luke wyjął mi słuchawkę z dłoni.
- Wybacz, ale Rosalin jest trochę zajęta - wymruczał, przerywając połączenie i odkładając telefon na stół. Wrócił do powolnego całowania mojej szyi. Telefon znowu zadzwonił. - Ignoruj to - mruknął blondyn. Nie. Tego nie dało się ignorować. Zresztą... Wróciło mi trzeźwe myślenie. W końcu.
- Lepiej będzie jak pójdziesz - powiedziałam, znowu go od siebie odpychając. - Znając go, to zaraz tu przybędzie z odsieczą - wstałam, doprowadzając włosy do porządku. - Dobranoc. Wiesz gdzie są drzwi - machnęłam w nieznanym kierunku, opierając czoło o dłonie. Musze odpocząć. Kiedy Luke wyszedł, przekręciłam klucz w zamku i poszłam spać.
***
Rano obudziło mnie wściekłe walenie.
- Chwila! - Wyskoczyłam z łóżka, zaplątując sie w pościel. Otworzyłam drzwi by zobaczyć twarz bardzo wściekłego Killiana.
- Gdzie on jest? - Warknął, łapiąc mnie za ramiona i potrząsając.
- Wyszedł wieczorem - powiedziałam. -Przestań mną trząść i wracaj do szpitala!
- Wyjaśnisz mi co on robił w MOIM mieszkaniu bez MOJEJ zgody? - Spytał, mocno wbijając paznokcie w moją rękę.
- Puśc mnie! - krzyknęłam, mocno nadeptując mu na nogę. - Pomógł mi z drzwiami. Wprowadził się tutaj i... - zaniemówiłam na widok Luka, uzbrojonego w wałek do ciasta. Killian też go zauważył. - Co ty chcesz z tym zrobić? Pierogi lepić? - Spojrzałam na niego z zażenowaniem.
- Ty! -Kill ruszył w jego stronę. - Za kogo ty się kurwa uważasz?!
- Spokój! -Próbowałam ich rozdzielić, ale to na nic. Dwójka samców zaczęła walkę na spojrzenia i wypinanie klaty. Pobiegłam do kuchni, chwytając jedną z pustych butelek po winie i wróciłam do korytarza. Byli tuż przy schodach. Jeszcze chwila i zlecą oboje. Z całej siły uderzyłam butelką o ziemię, roztrzaskując ją w drobny mak.
- Spokój do kurwy nędzy! Ty - wskazałam na Luke'a. - Wróć do siebie do mieszkania i nie wtrącaj się póki co. Killian. Do mieszkania. Ubierz się w coś porządnego, bo zaraz ci spodnie zjadą - spojrzałam tylko na szpitalne portki, których przyjechał i cofnęłam się do mieszkania. Po kilku sekundach usłyszałam dźwięk zatrzaskiwanych drzwi.
- Co ty ...
- Killian. Jestem kobietą wolną i mam swoje zachcianki - powiedziałam nie patrząc na niego. - Nie rozwaliłam ci chaty. Nawet posprzątałam. I nie wtrącaj się więcej w moje życie prywatne - szybkim krokiem oddaliłam się do swojego pokoju. Płacz ugrzązł mi gdzieś w gardle. Mężczyzna chwycił mnie za nadgarstek, odwracając w swoją stronę, Dokładnie zmierzył mnie wzrokiem.
- Ale na pewno wszystko w porządku?
- Tak. Moje dziewictwo zostało nienaruszone. Chcesz sprawdzić? - Spytałam, prawie załamana. Przez chwilę sprawiał wrażenie, jakby był do tego zdolny. Przewróciłam tylko oczami, wyrywając się z jego uścisku i zniknęłam w swoim pokoju,przekręcając klucz w zamku. Rzuciłam się na łóżko, płosząc śpiącego Blaze'a. Zaczęłam cicho szlochać, tłumiąc jakikolwiek dźwięk poduszką.
Kill?
środa, 18 listopada 2015
Od Killiana Cd Rosalin
Wzruszyłem ramionami. Albo raczej próbowałem bo od razu przeszył mnie ból.
- Tak - powiedziałem - Chyba...
- Wiesz, że oni nie dadzą ci spokoju, prawda? - spytała Ross. - Będą chcieli więcej. Będą chcieli zemsty.
- Nie dałaś mi dokończyć, skarbusiu - uśmiechnąłem się. - Musze załatwić parę spraw. Jeśli mi się uda, wyjadę i będzie tak jakby mnie nie było.
Rosalin patrzyła na mnie w milczeniu.
- A kim jest ten cały szef? - zapytała po chwili.
- Wiem tyle co Marrey. Nigdy nie rozmawia z nikim bezpośrednio, zawsze przez pośredników. Z tego co wiem, to nikt go nie widział.
- Dlaczego mi nic nie mówiłeś? - Rosalin spojrzała na mnie z wyrzutem.
- Niektórych ran lepiej nie zdrapywać, jeśli się jeszcze nie zagoiły.
- Jesteś strasznie tajemniczy - mruknęła.
- Mam swoje powody. Nie ufam wszystkim jak leci. Na moje zaufanie trzeba sobie zasłużyć jak Ethan i Savara.
- A co ze mną? - spytała Ross. - Sam zaproponowałeś bym u ciebie została.
Uśmiechnąłem się.
- Przyjmijmy, że to kredyt zaufania. Gdybym w mieszkaniu był sam, mogłoby to się skończyć inaczej.
- Ech... - westchnęła dziewczyna. - Wiesz, że jesteś chodzącą zagadką? Ty wiesz o mnie praktycznie wszystko, a ja o tobie nic.
- Tak - powiedziałem - Chyba...
- Wiesz, że oni nie dadzą ci spokoju, prawda? - spytała Ross. - Będą chcieli więcej. Będą chcieli zemsty.
- Nie dałaś mi dokończyć, skarbusiu - uśmiechnąłem się. - Musze załatwić parę spraw. Jeśli mi się uda, wyjadę i będzie tak jakby mnie nie było.
Rosalin patrzyła na mnie w milczeniu.
- A kim jest ten cały szef? - zapytała po chwili.
- Wiem tyle co Marrey. Nigdy nie rozmawia z nikim bezpośrednio, zawsze przez pośredników. Z tego co wiem, to nikt go nie widział.
- Dlaczego mi nic nie mówiłeś? - Rosalin spojrzała na mnie z wyrzutem.
- Niektórych ran lepiej nie zdrapywać, jeśli się jeszcze nie zagoiły.
- Jesteś strasznie tajemniczy - mruknęła.
- Mam swoje powody. Nie ufam wszystkim jak leci. Na moje zaufanie trzeba sobie zasłużyć jak Ethan i Savara.
- A co ze mną? - spytała Ross. - Sam zaproponowałeś bym u ciebie została.
Uśmiechnąłem się.
- Przyjmijmy, że to kredyt zaufania. Gdybym w mieszkaniu był sam, mogłoby to się skończyć inaczej.
- Ech... - westchnęła dziewczyna. - Wiesz, że jesteś chodzącą zagadką? Ty wiesz o mnie praktycznie wszystko, a ja o tobie nic.
- Za bardzo się mnie czepiasz - stwierdziłem. - Ale dobrze, opowiem ci coś. Kiedy stwierdzę, żeby nie mówić więcej, nie powiem. Usłyszysz tyle ile uważam za stosowne byś wiedziała.
Rosalin pokiwała głową z powagą.
- Miałem kiedyś syna. Nazywał się Michael. Wiesz czemu tak "strzegę" gabinetu? To był jego pokój. Lubię tam siedzieć bo przypomina mi o nim.
- Co się stało? - zapytała dziewczyna w wyraźnym szoku.
- Tego nie muszę ci już mówić - odparłem. - Więcej informacji nie potrzebujesz - ułożyłem się wygodniej i zamknąłem oczy. - Proszę nie męcz mnie już. Chcę iść spać. Jeżeli wrócisz do domu to możesz wstawić drzwi - to było ostatnie co powiedziałem po czym zasnąłem.
Rosalin?
Rosalin pokiwała głową z powagą.
- Miałem kiedyś syna. Nazywał się Michael. Wiesz czemu tak "strzegę" gabinetu? To był jego pokój. Lubię tam siedzieć bo przypomina mi o nim.
- Co się stało? - zapytała dziewczyna w wyraźnym szoku.
- Tego nie muszę ci już mówić - odparłem. - Więcej informacji nie potrzebujesz - ułożyłem się wygodniej i zamknąłem oczy. - Proszę nie męcz mnie już. Chcę iść spać. Jeżeli wrócisz do domu to możesz wstawić drzwi - to było ostatnie co powiedziałem po czym zasnąłem.
Rosalin?
poniedziałek, 16 listopada 2015
Od Rosalin Cd. Killian
- Killian... Killian! - Krzyknęłam, klęcząc koło mężczyzny. Marrey odwrócił się, patrząc na to z nieskrywanym wstrętem, po czym prychnął i wyszedł.
- Los się o kogoś upomniał - powiedział tylko, zamykając drzwi.
- Sukinsyn - mruknęłam pod nosem, przykładając ucho do klatki piersiowej Killa. Odetchnęłam z ulgą.Oddychał. Chwyciłam jego nogi i podniosłam do góry. - Nie umieraj mi tu dupku. Nie zdobędę tyle kasy. No i trochę będę tęsknić - szepnęłam, ciągnąc do w stronę sofy. Ramiona bolały mnie od ciągłego wykręcania ich przez tych pieprzonych osiłków. Po dobrych pięciu minutach położyłam Killiana na sofie. Ściągnęłam mu koszulkę. Wciągnęłam gwałtownie powietrze na widok pięknego, wielkiego siniaka na jego brzuchu. Ostrożnie zaczęłam macać mu żebra by sprawdzić, czy żadne z nich nie jest złamane.
- Ross?Nie spodziewałem się tego po tobie - Kill ocknął się i nawet wysilił na kiepski żart.
- Zamknij się - warknęłam tylko. - Potem z tobą pogadam. Póki co nie ruszaj się jasne? - Poszłam do łazienki, by poszukać jakiejś maści na obicia. Nagle coś stłukło się w salonie. Killian leżał na boku, wymiotując krwią. - Cholera! - Krzyknęłam, podbiegając do niego. Znowu zemdlał. Chwyciłam telefon i zadzwoniłam na pogotowie.
***
Siedziałam na jednym z tych niewygodnych, szpitalnych krzeseł w poczekalni, tępo patrząc się przed siebie. Byłam sama. W całym korytarzu panowała cisza i pustka. Zerknęłam na zegar ścienny, który wskazywał trzecią nad ranem. Odetchnęłam głęboko, kryjąc twarz w dłoniach.Nie wiem ile tak siedziałam. Ktoś stanął nade mną i odchrząknął głośno. Podniosłam głowę, patrząc jak naćpana na niewyraźną twarz lekarza.
- Rosalin?
- Tak.
- Michael ma się dużo lepiej. Udało nam się zatamować krwawienie wewnętrzne. Muszę się jednak spytać, co się stało? - Mężczyzna usiadł koło mnie, patrząc wyczekująco, z długopisem nad kartką.
- Wracaliśmy z restauracji, kiedy ktoś nas zaatakował. Nie pamiętam ich twarzy - skłamałam gładko. - Pobili nas. Udało nam się dojść do mieszkania, ale wtedy Mich zemdlał.
- I zadzwoniłaś do nas - dokończył lekarz. Skinęłam tylko głową, patrząc się przed siebie.
- Mogę go zobaczyć? - Spytałam, wstając z krzesełka.
- Oczywiście. Mówiłaś, że jesteście zaręczeni tak?
- Tak - odparłam chłodno, idąc za nim. Coraz mniej mi się to wszystko podobało. Miałam ochotę po prostu się położyć i zasnąć. Weszłam do niewielkiego pokoju, gdzie leżał Killlian. Wyglądał całkiem nieźle. Spał, oddychając miarowo. Skrzywiłam się na widok długiego rozcięcia na całym prawym boku. - Skarbie...? - Usiadłam na skraju łóżka, chwytając jego dłoń. Był tak przyjemnie ciepły...
- Niedługo powinien wybudzić się z narkozy - poinformował mnie lekarz, po czym wyszedł. Położyłam się obok Killa, patrząc na niego z troską. Mimo że jest strasznym idiotą to... Nie. W sumie to tylko tyle, że jest strasznym idiotą. Przytuliłam się do niego by nie spaść i po jakiś czasie zasnęłam.
***
Rano obudziła mnie pielęgniarka.
- Musi Pani zejść - zauważyła chłodno piguła.
- Oczywiście - ziewnęłam szeroko, schodząc z łóżka. Patrzyłam jak kobieta mierzy Killianowi temperaturę, patrzy na szwy i takie tam.
- Ross... - mruknął mężczyzna. Podskoczyłam na dźwięk jego schrypniętego głosu od razu podchodząc do łózka. Chwyciłam jego dłoń, całując go jednocześnie w policzek.
- Już dobrze... Jestem tutaj uśmiechnęłam się sztucznie ze względu na obecność piguły. Gdyby jej tu nie było, Killian by oberwał. - Nie mów nic - położyłam mu palec na ustach. Oczy mężczyzny rozszerzyły się trochę, jednak siedział cicho. Poczekałam aż pielęgniarka wyszła, po czym puściłam jego rękę.
- Wiesz ile musiałam kurwa kłamać? Wiesz?! - prawie krzyczałam. - Kurwa!
- Spokojnie Ross... Co się w ogóle stało?
- Krwawiłeś wewnętrznie, więc zadzwoniłam po pogotowie - mruknęłam. - Odratowali cię na szczęście. Masz na imię Michael jak coś.
- A co z tobą...? Gdybyś była współlokatorką, nie wpuściliby cię do mnie - zauważył mężczyzna, marszcząc brwi. Próbował się podnieść, jednak syknął z bólu.
- Nie wiszę ci już żadnej przysługi - powiedziałam tylko, czując jak czerwienieją mi policzki. - Dawno tyle nie kłamałam i nie udawałam - odwróciłam się w stronę okna, podchodząc do niego. Otworzyłam je szeroko, wpuszczając do środka świeże powietrze. - Zamierzasz mu zapłacić? Temu całemu szefowi? - Spytałam obojętnie, opierając się plecami o parapet. - Kim on w ogóle jest?
Kill?
- Los się o kogoś upomniał - powiedział tylko, zamykając drzwi.
- Sukinsyn - mruknęłam pod nosem, przykładając ucho do klatki piersiowej Killa. Odetchnęłam z ulgą.Oddychał. Chwyciłam jego nogi i podniosłam do góry. - Nie umieraj mi tu dupku. Nie zdobędę tyle kasy. No i trochę będę tęsknić - szepnęłam, ciągnąc do w stronę sofy. Ramiona bolały mnie od ciągłego wykręcania ich przez tych pieprzonych osiłków. Po dobrych pięciu minutach położyłam Killiana na sofie. Ściągnęłam mu koszulkę. Wciągnęłam gwałtownie powietrze na widok pięknego, wielkiego siniaka na jego brzuchu. Ostrożnie zaczęłam macać mu żebra by sprawdzić, czy żadne z nich nie jest złamane.
- Ross?Nie spodziewałem się tego po tobie - Kill ocknął się i nawet wysilił na kiepski żart.
- Zamknij się - warknęłam tylko. - Potem z tobą pogadam. Póki co nie ruszaj się jasne? - Poszłam do łazienki, by poszukać jakiejś maści na obicia. Nagle coś stłukło się w salonie. Killian leżał na boku, wymiotując krwią. - Cholera! - Krzyknęłam, podbiegając do niego. Znowu zemdlał. Chwyciłam telefon i zadzwoniłam na pogotowie.
***
Siedziałam na jednym z tych niewygodnych, szpitalnych krzeseł w poczekalni, tępo patrząc się przed siebie. Byłam sama. W całym korytarzu panowała cisza i pustka. Zerknęłam na zegar ścienny, który wskazywał trzecią nad ranem. Odetchnęłam głęboko, kryjąc twarz w dłoniach.Nie wiem ile tak siedziałam. Ktoś stanął nade mną i odchrząknął głośno. Podniosłam głowę, patrząc jak naćpana na niewyraźną twarz lekarza.
- Rosalin?
- Tak.
- Michael ma się dużo lepiej. Udało nam się zatamować krwawienie wewnętrzne. Muszę się jednak spytać, co się stało? - Mężczyzna usiadł koło mnie, patrząc wyczekująco, z długopisem nad kartką.
- Wracaliśmy z restauracji, kiedy ktoś nas zaatakował. Nie pamiętam ich twarzy - skłamałam gładko. - Pobili nas. Udało nam się dojść do mieszkania, ale wtedy Mich zemdlał.
- I zadzwoniłaś do nas - dokończył lekarz. Skinęłam tylko głową, patrząc się przed siebie.
- Mogę go zobaczyć? - Spytałam, wstając z krzesełka.
- Oczywiście. Mówiłaś, że jesteście zaręczeni tak?
- Tak - odparłam chłodno, idąc za nim. Coraz mniej mi się to wszystko podobało. Miałam ochotę po prostu się położyć i zasnąć. Weszłam do niewielkiego pokoju, gdzie leżał Killlian. Wyglądał całkiem nieźle. Spał, oddychając miarowo. Skrzywiłam się na widok długiego rozcięcia na całym prawym boku. - Skarbie...? - Usiadłam na skraju łóżka, chwytając jego dłoń. Był tak przyjemnie ciepły...
- Niedługo powinien wybudzić się z narkozy - poinformował mnie lekarz, po czym wyszedł. Położyłam się obok Killa, patrząc na niego z troską. Mimo że jest strasznym idiotą to... Nie. W sumie to tylko tyle, że jest strasznym idiotą. Przytuliłam się do niego by nie spaść i po jakiś czasie zasnęłam.
***
Rano obudziła mnie pielęgniarka.
- Musi Pani zejść - zauważyła chłodno piguła.
- Oczywiście - ziewnęłam szeroko, schodząc z łóżka. Patrzyłam jak kobieta mierzy Killianowi temperaturę, patrzy na szwy i takie tam.
- Ross... - mruknął mężczyzna. Podskoczyłam na dźwięk jego schrypniętego głosu od razu podchodząc do łózka. Chwyciłam jego dłoń, całując go jednocześnie w policzek.
- Już dobrze... Jestem tutaj uśmiechnęłam się sztucznie ze względu na obecność piguły. Gdyby jej tu nie było, Killian by oberwał. - Nie mów nic - położyłam mu palec na ustach. Oczy mężczyzny rozszerzyły się trochę, jednak siedział cicho. Poczekałam aż pielęgniarka wyszła, po czym puściłam jego rękę.
- Wiesz ile musiałam kurwa kłamać? Wiesz?! - prawie krzyczałam. - Kurwa!
- Spokojnie Ross... Co się w ogóle stało?
- Krwawiłeś wewnętrznie, więc zadzwoniłam po pogotowie - mruknęłam. - Odratowali cię na szczęście. Masz na imię Michael jak coś.
- A co z tobą...? Gdybyś była współlokatorką, nie wpuściliby cię do mnie - zauważył mężczyzna, marszcząc brwi. Próbował się podnieść, jednak syknął z bólu.
- Nie wiszę ci już żadnej przysługi - powiedziałam tylko, czując jak czerwienieją mi policzki. - Dawno tyle nie kłamałam i nie udawałam - odwróciłam się w stronę okna, podchodząc do niego. Otworzyłam je szeroko, wpuszczając do środka świeże powietrze. - Zamierzasz mu zapłacić? Temu całemu szefowi? - Spytałam obojętnie, opierając się plecami o parapet. - Kim on w ogóle jest?
Kill?
Od Killiana Cd Rosalin
Próbowałem się wyrwać, ale przez to zarobiłem cios w brzuch.
- Spokojnie Killuś - rzekł mężczyzna. - Widzę, że mnie pamiętasz.
- Jakżeby inaczej, Marrey - warknąłem.
Spojrzałem na Rosalin. Patrzyła na mnie wielkimi oczami. Otworzyła usta by coś powiedzieć, ale ostatecznie je zamknęła.
- Nie mówiłeś swojej wybrance serca o mnie? - spytał z udawanym smutkiem Marrey. - To naprawdę niemiłe z twojej strony, wiesz? i teraz takich nieprzyjemności dowiadywać się musi ode mnie.
- Kurwa, Killian, o co chodzi? - wypaliła dziewczyna.
- Zamknij się! - warknął jeden z napastników i podniósł rękę, ale ostatecznie nie uderzył Ross widząc gest Marrey'a.
- Już ci mówię, kochana - mężczyzn uśmiechnął się szpetnie. - Przenieśmy się w czasy Herosów. Ja jako diler narkotykowy i kochany Killuś, jako super sławny Heros. Interes nieźle się kręcił. Kasy było dużo. Nie można było narzekać. Gdy jednak jeden z herosów odkrył co złego robimy skopał nam dupę i kazał wypierdalać z miasta, bo jeśli jeszcze raz nas zobaczy, to nie będzie taki łaskawy. I co debile zrobiliśmy? Posłuchaliśmy go i uciekliśmy w popłochu. W innym mieście interes nie kręcił się zbyt dobrze, a szef mimo wszystko miłościwy nie jest. jednak kiedy usłyszeliśmy, że Herosi przestają już działać zaczęliśmy zacierać ręce. Odczekaliśmy jakiś czas i przyjechaliśmy. Killuś, tropię cię już od tak dawna. Myślałem, że zaszyjesz się w jakiejś dziurze, a tu co? Koleś, ty masz nawet własne kasyno!
Warknąłem coś w odpowiedzi. Znowu dostałem. Marrey uśmiechnął się i zszedł ze stołu.
- Czego chcesz? - mruknąłem.
- Jak to czego? - mężczyzna udawał zdumienie. - Pieniędzy. Czego innego mógłbym chcieć? - uśmiechnął się po czym z kieszeni marynarki wyciągnął kartkę. Uniósł brew patrząc na nią. - Hmm... Szef jest coś ostatnio zbyt łaskawy. Masz mu zwrócić 250 tyś. dzieciaku.
- A jak nie? - spytałem narażając się na kolejny cios, który tym razem nie padł.
Marrey uśmiechnął się spoglądając na Ross.
- Już ty się o nic nie martw - rzekł. - Coś wymyślimy. Ale znaj moje dobre serce, Killuś. Połowa kasy. Drugą chcę dostać za dwa miesiące.
Patrzyłem na mężczyznę z nienawiścią.
- Posłuchaj mnie teraz uważnie, dzieciaku - powiedział. - Moi koledzy cię puszczą. Puszczą cię samego. I teraz masz wybór: dać nogę i zostawić na pastwę losu tą, twoją dziewuchę, a także narazić się na to, że zginiesz w przeciągu kilku dni lub iść do swojego sejfu, spakować pieniądze do jakiejś ładnej torby i je nam przynieść. Daje i 30 sekund do namysłu. Start.
Zamknąłem oczy. Miałem różne myśli co do tego, ale wybrałem tą, którą uważałem za najlepszą.
- Koniec - warknął Marrey. - Puśćcie go.
Poczułem jak rozluźniają uścisk. Coś kazało zdzielić mi napastników po mordach, ale nie posłuchałem tego cichego, nikłego głosiku. Powoli ruszyłem w stronę sypialni.
- Uciekaj Killian! - krzyknęła Ross.
Nie uciekłem. A jej chyba nie uderzyli. Mam taką nadzieję.
Po jakimś czasie wróciłem z pokoju z brązową torbą w ręku. Podałem ją Marrey'owi. Ten chwycił ją, otworzył i zaczął liczyć za wartość.
- Hm... - mruknął. Niby miała być połowa, ale dobra.
- Tym dodatkiem kupuję sobie dodatkowy miesiąc - powiedziałem.
Mężczyzna patrzył na mnie nienawistnym wzrokiem.
- Stoi - rzekł przez zaciśnięte zęby.
Marrey zaczął wychodzić z pokoju. Kiedy puścili Rosalin, ja nagle poczułem niesamowity ból w niezidentyfikowanym miejscu. Zgiąłem się w pół i padłem na kolana dysząc:
- Kurwa, ale boli - po czym osunąłem się w ciemność.
Rosalin?
- Spokojnie Killuś - rzekł mężczyzna. - Widzę, że mnie pamiętasz.
- Jakżeby inaczej, Marrey - warknąłem.
Spojrzałem na Rosalin. Patrzyła na mnie wielkimi oczami. Otworzyła usta by coś powiedzieć, ale ostatecznie je zamknęła.
- Nie mówiłeś swojej wybrance serca o mnie? - spytał z udawanym smutkiem Marrey. - To naprawdę niemiłe z twojej strony, wiesz? i teraz takich nieprzyjemności dowiadywać się musi ode mnie.
- Kurwa, Killian, o co chodzi? - wypaliła dziewczyna.
- Zamknij się! - warknął jeden z napastników i podniósł rękę, ale ostatecznie nie uderzył Ross widząc gest Marrey'a.
- Już ci mówię, kochana - mężczyzn uśmiechnął się szpetnie. - Przenieśmy się w czasy Herosów. Ja jako diler narkotykowy i kochany Killuś, jako super sławny Heros. Interes nieźle się kręcił. Kasy było dużo. Nie można było narzekać. Gdy jednak jeden z herosów odkrył co złego robimy skopał nam dupę i kazał wypierdalać z miasta, bo jeśli jeszcze raz nas zobaczy, to nie będzie taki łaskawy. I co debile zrobiliśmy? Posłuchaliśmy go i uciekliśmy w popłochu. W innym mieście interes nie kręcił się zbyt dobrze, a szef mimo wszystko miłościwy nie jest. jednak kiedy usłyszeliśmy, że Herosi przestają już działać zaczęliśmy zacierać ręce. Odczekaliśmy jakiś czas i przyjechaliśmy. Killuś, tropię cię już od tak dawna. Myślałem, że zaszyjesz się w jakiejś dziurze, a tu co? Koleś, ty masz nawet własne kasyno!
Warknąłem coś w odpowiedzi. Znowu dostałem. Marrey uśmiechnął się i zszedł ze stołu.
- Czego chcesz? - mruknąłem.
- Jak to czego? - mężczyzna udawał zdumienie. - Pieniędzy. Czego innego mógłbym chcieć? - uśmiechnął się po czym z kieszeni marynarki wyciągnął kartkę. Uniósł brew patrząc na nią. - Hmm... Szef jest coś ostatnio zbyt łaskawy. Masz mu zwrócić 250 tyś. dzieciaku.
- A jak nie? - spytałem narażając się na kolejny cios, który tym razem nie padł.
Marrey uśmiechnął się spoglądając na Ross.
- Już ty się o nic nie martw - rzekł. - Coś wymyślimy. Ale znaj moje dobre serce, Killuś. Połowa kasy. Drugą chcę dostać za dwa miesiące.
Patrzyłem na mężczyznę z nienawiścią.
- Posłuchaj mnie teraz uważnie, dzieciaku - powiedział. - Moi koledzy cię puszczą. Puszczą cię samego. I teraz masz wybór: dać nogę i zostawić na pastwę losu tą, twoją dziewuchę, a także narazić się na to, że zginiesz w przeciągu kilku dni lub iść do swojego sejfu, spakować pieniądze do jakiejś ładnej torby i je nam przynieść. Daje i 30 sekund do namysłu. Start.
Zamknąłem oczy. Miałem różne myśli co do tego, ale wybrałem tą, którą uważałem za najlepszą.
- Koniec - warknął Marrey. - Puśćcie go.
Poczułem jak rozluźniają uścisk. Coś kazało zdzielić mi napastników po mordach, ale nie posłuchałem tego cichego, nikłego głosiku. Powoli ruszyłem w stronę sypialni.
- Uciekaj Killian! - krzyknęła Ross.
Nie uciekłem. A jej chyba nie uderzyli. Mam taką nadzieję.
Po jakimś czasie wróciłem z pokoju z brązową torbą w ręku. Podałem ją Marrey'owi. Ten chwycił ją, otworzył i zaczął liczyć za wartość.
- Hm... - mruknął. Niby miała być połowa, ale dobra.
- Tym dodatkiem kupuję sobie dodatkowy miesiąc - powiedziałem.
Mężczyzna patrzył na mnie nienawistnym wzrokiem.
- Stoi - rzekł przez zaciśnięte zęby.
Marrey zaczął wychodzić z pokoju. Kiedy puścili Rosalin, ja nagle poczułem niesamowity ból w niezidentyfikowanym miejscu. Zgiąłem się w pół i padłem na kolana dysząc:
- Kurwa, ale boli - po czym osunąłem się w ciemność.
Rosalin?
niedziela, 15 listopada 2015
Od Rosalin Cd. Killian
Czyjś krzyk obudził mnie w środku nocy. Usiadłam gwałtownie na łóżku, głaszcząc śpiącego Blaze'a. Powoli otworzyłam szufladę od szafki nocnej i wyciągnęłam z niej nóż. Wstałam, wychodząc do salonu najciszej jak potrafiłam. Wszędzie było ciemno. Jedynie w gabinecie Killiana paliło się światło. Podeszłam tam, powoli otwierając drzwi. Odetchnęłam z ulgą, kiedy zobaczyłam śpiącego mężczyznę. Schowałam nóż i ruszyłam w jego stronę.
- Killian. Killiaaan... - szepnęłam, potrząsając ramieniem czarnowłosego.
- Hmm...? Ross? Ross! - Poskoczył jak oparzony, uderzając mnie czołem w nos. Odskoczyłam do tyłu.
- Idioto! - krzyknęłam, łapiąc się za bolącą twarz.
- Mówiłem ci, byś tu nie wchodziła - warknął Kill, zamykając jakaś księgę.
- Słyszałam krzyk i myślałam, że ktoś się włamał, albo coś ci się stało... - mruknęłam. - Zajebiście - westchnęłam, widząc krew na ręce. Odeszłam bez słowa, kierując się do kuchni. Zmoczyłam jakiś ręcznik i zaczęłam wycierać szkarłatny płyn z twarzy. - Masz twardą czaszkę - zauważyłam, nawet się nie odwracając. Wiem, że przyszedł za mną.
- Nie rób tego więcej jasne? - Spytał poważnie Killian.
- Spokojnie. Zrozumiałam za pierwszym razem - spojrzałam na niego.
- Czy to nóż?
- To na wypadek, gdybyś znowu chciał się do mnie dobierać - wyjaśniłam. - Dobranoc - minęłam go obojętnie, idąc do swojego pokoju. Zamknęłam drzwi na klucz, gdyby jednak strzeliło mu coś do głowy.
***
Kiedy następnego ranka wstałam, przywitał mnie zapach świeżo zmielonej kawy i smażonego boczku. Niczym na skrzydłach wyszłam z pokoju i poleciałam do kuchni. Killian w samych spodenkach od piżamy robił właśnie śniadanie.
- Dzień dobry - wskoczyłam na jeden z blatów, porywając mu kawę.
- Ej... To moja kawa.
- Już nie - pokazałam mu język. - Robisz coś dzisiaj?
- W sumie to nie - odparł chłopak, ściągając jajecznicę na dwa talerze. Podał mi jeden z nich. - A czemu pytasz?
- Może gdzieś wyjdziemy? - zaproponowałam, wzruszając ramionami. - Na obiad na przykład. Nie chce mi się niczego gotować. Tobie pewnie też nie. A przy okazji wejdziemy z Blaze'm do weterynarza na kontrolę.
- Dobrze skarbusiu. Bądź gotowa koło drugiej. Tylko ubierz się ładnie. Póki co muszę popracować - Kill ukradł mi kubek z kawą i zniknął w swoim świętym gabinecie. Westchnęłam cicho, samotnie skubiąc jajecznicę.
***
Punktualnie o czternastej wyszłam z pokoju.
- Liczyłem na jakąś sukienkę, ale może być - mruknął Killian, uśmiechając się lekko. Sam był ubrany w zwykłe jeansy, koszulkę i marynarkę.
- Mam ich dość na najbliższy czas - wyjaśniłam, poprawiając bordowy sweter. Szybko wciągnęłam tenisówki i ruszyliśmy do wyjścia. Oszczędziliśmy sobie jazdy samochodem i poszliśmy spacerem. W restauracji byliśmy po półgodzinie. Usiedliśmy i częstowaliśmy się czerwonym winem, czekając aż przyniosą nam zamówione jedzenie.
- Killian... - zmarszczyłam brwi, pochylając się do chłopaka. - Facet w czarnych okularach siedzący za tobą ciągle się na nas gapi - mruknęłam. Kill odwrócił się dyskretnie. Jego oczy zrobiły się z dwa razy większe.
- Idziemy. Już. Nie odwracaj się - polecił mi chłodno, chwytając mnie za łokieć.
- Co jest? - Spytałam zdenerwowana, wykonując jego polecenia.
- Powiedzmy, że się nie lubimy. Nie wahaj się strzelać - kiedy tylko wyszliśmy na ulicę, podał mi pistolet. Skrzywiłam się, jednak wzięłam go i schowałam do kieszeni. - Mam jednak nadzieję, że się nie przyda. Raczej nie odważą się nas zaatakować na środku ulicy.
- Kurwa Killian. Co się dzieje? - Spytałam, przyśpieszając kroku.
- Wyjaśnię ci potem - rzucił tylko. - Teraz biegnij - mruknął, robiąc to samo. Przemierzyliśmy wszystkie możliwe boczne uliczki, zanim doszliśmy do naszej ulicy. Kiedy dotarliśmy na piętro, okazało się, że drzwi były wyważone. Poważny Killian przyłożył palec do ust, nakazując mi ciszę. Skinęłam tylko głową, wyciągając pistolet. Odbezpieczyłam go, trzymając przy sobie w pogotowiu. Weszliśmy do środka. Wszytsko wydawało się nie tknięte.
- Idź sprawdź swój pokój. Jak coś, to strzelaj - szepnął Kill, idąc do gabinetu. Skinęłam głową, skradając się do pokoju. Pchnęłam drzwi. Nic. Pusto. Weszłam do środka, sprawdzając na wszelki wypadek szafę. W salonie padły strzały. Podskoczyłam, odwracając się gwałtownie.
- Ross! Uważaj! - Usłyszałam krzyk Killiana. W tym momencie w drzwiach pojawił się jakiś mężczyzna w skórzanej kurtce. Strzeliłam na oślep, trafiając do w udo. Upadł na ziemię z krzykiem. Zanim zdążyłam się zorientować, Pojawiła się następna trójka. Trafiłam jeszcze jednego z nich w ramię, kiedy pozostała dwójka skutecznie mnie rozbroiła.
- Zostawcie dziewczynę! Ona nic nie wie! - krzyknął Killian, trzymany przez jakiegoś osiłka. Siłą wyleczono mnie do salonu.
- Łapy przy sobie - warknęłam, kopiąc w krocze zboczeńca, który położył rękę na moim tyłku. Zgiął się w pół.
- Ty suko... - powiedział jeden z napastników, uderzając mnie w twarz. Krzyknęłam krótko, jednak nie mogłam nic więcej zrobić, dalej trzymana przez osiłków.
- Ej! Mówiłem byś jej nie dotykał! - zawołał Killian, który przy okazji dostał w brzuch.
- Spokój kurwa! - zawołał niski człowieczek, wchodząc na stół i strzelając w sufit. Wszyscy umilkliśmy, wpatrzeni w niewielką postać. - Killian... Miło cię widzieć. Widzę, że dorobiłeś się kobiety - uśmiechnął się w moją stronę. Prychnęłam tylko, przewracając oczami. - Szef będzie zadowolony - niski człowieczek oblizał usta. Poczułam jak kolana się pode mną uginają, a żołądek wywraca na drugą stronę. W całym mieszkaniu rozległ się głośny, szyderczy śmiech.
Kill?
- Killian. Killiaaan... - szepnęłam, potrząsając ramieniem czarnowłosego.
- Hmm...? Ross? Ross! - Poskoczył jak oparzony, uderzając mnie czołem w nos. Odskoczyłam do tyłu.
- Idioto! - krzyknęłam, łapiąc się za bolącą twarz.
- Mówiłem ci, byś tu nie wchodziła - warknął Kill, zamykając jakaś księgę.
- Słyszałam krzyk i myślałam, że ktoś się włamał, albo coś ci się stało... - mruknęłam. - Zajebiście - westchnęłam, widząc krew na ręce. Odeszłam bez słowa, kierując się do kuchni. Zmoczyłam jakiś ręcznik i zaczęłam wycierać szkarłatny płyn z twarzy. - Masz twardą czaszkę - zauważyłam, nawet się nie odwracając. Wiem, że przyszedł za mną.
- Nie rób tego więcej jasne? - Spytał poważnie Killian.
- Spokojnie. Zrozumiałam za pierwszym razem - spojrzałam na niego.
- Czy to nóż?
- To na wypadek, gdybyś znowu chciał się do mnie dobierać - wyjaśniłam. - Dobranoc - minęłam go obojętnie, idąc do swojego pokoju. Zamknęłam drzwi na klucz, gdyby jednak strzeliło mu coś do głowy.
***
Kiedy następnego ranka wstałam, przywitał mnie zapach świeżo zmielonej kawy i smażonego boczku. Niczym na skrzydłach wyszłam z pokoju i poleciałam do kuchni. Killian w samych spodenkach od piżamy robił właśnie śniadanie.
- Dzień dobry - wskoczyłam na jeden z blatów, porywając mu kawę.
- Ej... To moja kawa.
- Już nie - pokazałam mu język. - Robisz coś dzisiaj?
- W sumie to nie - odparł chłopak, ściągając jajecznicę na dwa talerze. Podał mi jeden z nich. - A czemu pytasz?
- Może gdzieś wyjdziemy? - zaproponowałam, wzruszając ramionami. - Na obiad na przykład. Nie chce mi się niczego gotować. Tobie pewnie też nie. A przy okazji wejdziemy z Blaze'm do weterynarza na kontrolę.
- Dobrze skarbusiu. Bądź gotowa koło drugiej. Tylko ubierz się ładnie. Póki co muszę popracować - Kill ukradł mi kubek z kawą i zniknął w swoim świętym gabinecie. Westchnęłam cicho, samotnie skubiąc jajecznicę.
***
Punktualnie o czternastej wyszłam z pokoju.
- Liczyłem na jakąś sukienkę, ale może być - mruknął Killian, uśmiechając się lekko. Sam był ubrany w zwykłe jeansy, koszulkę i marynarkę.
- Mam ich dość na najbliższy czas - wyjaśniłam, poprawiając bordowy sweter. Szybko wciągnęłam tenisówki i ruszyliśmy do wyjścia. Oszczędziliśmy sobie jazdy samochodem i poszliśmy spacerem. W restauracji byliśmy po półgodzinie. Usiedliśmy i częstowaliśmy się czerwonym winem, czekając aż przyniosą nam zamówione jedzenie.
- Killian... - zmarszczyłam brwi, pochylając się do chłopaka. - Facet w czarnych okularach siedzący za tobą ciągle się na nas gapi - mruknęłam. Kill odwrócił się dyskretnie. Jego oczy zrobiły się z dwa razy większe.
- Idziemy. Już. Nie odwracaj się - polecił mi chłodno, chwytając mnie za łokieć.
- Co jest? - Spytałam zdenerwowana, wykonując jego polecenia.
- Powiedzmy, że się nie lubimy. Nie wahaj się strzelać - kiedy tylko wyszliśmy na ulicę, podał mi pistolet. Skrzywiłam się, jednak wzięłam go i schowałam do kieszeni. - Mam jednak nadzieję, że się nie przyda. Raczej nie odważą się nas zaatakować na środku ulicy.
- Kurwa Killian. Co się dzieje? - Spytałam, przyśpieszając kroku.
- Wyjaśnię ci potem - rzucił tylko. - Teraz biegnij - mruknął, robiąc to samo. Przemierzyliśmy wszystkie możliwe boczne uliczki, zanim doszliśmy do naszej ulicy. Kiedy dotarliśmy na piętro, okazało się, że drzwi były wyważone. Poważny Killian przyłożył palec do ust, nakazując mi ciszę. Skinęłam tylko głową, wyciągając pistolet. Odbezpieczyłam go, trzymając przy sobie w pogotowiu. Weszliśmy do środka. Wszytsko wydawało się nie tknięte.
- Idź sprawdź swój pokój. Jak coś, to strzelaj - szepnął Kill, idąc do gabinetu. Skinęłam głową, skradając się do pokoju. Pchnęłam drzwi. Nic. Pusto. Weszłam do środka, sprawdzając na wszelki wypadek szafę. W salonie padły strzały. Podskoczyłam, odwracając się gwałtownie.
- Ross! Uważaj! - Usłyszałam krzyk Killiana. W tym momencie w drzwiach pojawił się jakiś mężczyzna w skórzanej kurtce. Strzeliłam na oślep, trafiając do w udo. Upadł na ziemię z krzykiem. Zanim zdążyłam się zorientować, Pojawiła się następna trójka. Trafiłam jeszcze jednego z nich w ramię, kiedy pozostała dwójka skutecznie mnie rozbroiła.
- Zostawcie dziewczynę! Ona nic nie wie! - krzyknął Killian, trzymany przez jakiegoś osiłka. Siłą wyleczono mnie do salonu.
- Łapy przy sobie - warknęłam, kopiąc w krocze zboczeńca, który położył rękę na moim tyłku. Zgiął się w pół.
- Ty suko... - powiedział jeden z napastników, uderzając mnie w twarz. Krzyknęłam krótko, jednak nie mogłam nic więcej zrobić, dalej trzymana przez osiłków.
- Ej! Mówiłem byś jej nie dotykał! - zawołał Killian, który przy okazji dostał w brzuch.
- Spokój kurwa! - zawołał niski człowieczek, wchodząc na stół i strzelając w sufit. Wszyscy umilkliśmy, wpatrzeni w niewielką postać. - Killian... Miło cię widzieć. Widzę, że dorobiłeś się kobiety - uśmiechnął się w moją stronę. Prychnęłam tylko, przewracając oczami. - Szef będzie zadowolony - niski człowieczek oblizał usta. Poczułam jak kolana się pode mną uginają, a żołądek wywraca na drugą stronę. W całym mieszkaniu rozległ się głośny, szyderczy śmiech.
Kill?
Od Killiana Cd Rosalin
W drzwiach przywitał mnie dźwięk dzwonka. Powolnym krokiem podszedłem do lady, za którą stała niewysoka brunetka i uśmiechała się promiennie.
- W czym mogę pomóc? - spytała.
Uśmiechnąłem się do niej i oparłem o blat.
- Pracuję tutaj i jestem fryzjerem dziecięcym - powiedziałem machając dziewczynie palcami przed twarzą.
Ta skinęła głową jak zahipnotyzowana.
- Jesteś tu sama? - spytałem.
- Na zapleczu jest Colin - odparła pokazując mi palcem, gdzie mam pójść.
Skinąłem głową.
- Dzięki. Jeśli możesz to tam na zewnątrz siedzi mały pies. Bądź tak dobra, złotko i go tutaj przyprowadź.
I nie czekając na jej odpowiedź poszedłem na zaplecze. Był tam wysoki blondyn popijający herbatę. Gdy tylko mnie zobaczył pytająco uniósł brew.
- Pracuję tutaj i jestem fryzjerem dla dzieci - powtórzyłem machając palcami.
Chłopak skinął tylko głową. Wróciłem z zaplecza. Od razu zauważyłem jak tamta brunetka rozmawia z jakąś matką z dzieckiem. Serio to będzie takie łatwe?, pomyślałem i podszedłem bliżej.
- Dzień dobry - powiedziałem uśmiechając się. - W czym mogę pomóc?
Kobieta zmierzyła mnie niepewnym wzrokiem i schowała córkę za siebie.
- To jest fryzjer dziecięcy - brunetka uśmiechnęła się. - Ostrzyże pańską córkę. To profesjonalista.
Kiwnąłem głową.
- Jak masz na imię, dziewczynko? - spytałem.
- Rosalin - odparła niepewnie dziewczynka patrząc na matkę.
- Piękne imię - powiedziałem powstrzymując się od śmiechu. - Chodź. Zrobimy coś z twoimi włosami.
- Dobrze. To ty tutaj zostań Rosalin, a ja pójdę coś załatwić - matka uśmiechnęła się i wyszła.
Rosalin usiadła na obrotowym krześle. Założyłem jej "płachtę ochronną".
- Proszę przyciąć końcówki - powiedziała dziewczynka zanim o cokolwiek spytałem.
- Dobrze - odparłem.
Wyciągnąłem z szuflady jakieś nożyczki i grzebień.
- Wie pan, że ostatni wypadł mi ząb? - zaczęła Rosalin.
- Och, tak? To bardzo ciekawe - mruknąłem.
- Trochę bolało i polała się krew, ale tak to jest okey - kontynuowała swoją wypowiedź.
- Yhym.
Odciąłem jej kawałek włosów nożem. Ostrze zaczęło się świecić. Kolejny składnik został przeze mnie znaleziony. Chwyciłem nożyczki i zacząłem obcinać jej końcówki włosów. Nigdy nie byłem fryzjerem. A efekt końcowy może być naprawdę bardzo zabawny.
- Czy to normalne, że wypadł mi ząb? - spytała. - Mamusia i tatuś mówią, że tak, ale ja i tak się boję.
- Tak, to normalne - odparłem znudzony. - Już - dodałem po chwili zadowolony z efektu.
Ściągnąłem "łatę ochronną" z dziewczynki.
- Jak? - zapytałem.
- Ładnie - odparła przyglądając się w lustrze.
- Skoro byłaś taka dzielna w nagrodę idź i powab się z tamtym pieskiem - powiedziałem wskazując na Blaze'a.
- Piesek! - krzyknęła i pobiegła do niego. Od razu zaczęła go głaskać i tarmosić.
- Wybacz, stary - mruknąłem. - Raczej to się więcej nie powtórzy.
Uklęknąłem by pozbierać włosy dziewczynki do torebki. Wziąłem tak dużo jak tylko się dało, schowałem torebkę do kieszeni i wstałem otrzepując nogi. Podszedłem do lady.
- Zwalniam się - powiedziałem i skierowałem się w stronę Blaze'a. - Wybacz mała, ale muszę iść.
Rosalin skinęła ze smutkiem głową i usiadła na kanapie czekając na matkę. Chwyciłem za smycz psa i wyszedłem.
***
- Och - mruknąłem schodząc na sam dół. - Widzę, że już ci lepiej.
Nathaniel uśmiechał się z wyższością.
- Nic ci nie powiem - powiedział. - Nigdy się nie dowiesz jaki jest następny składnik.
Skrzywiłem się bawiąc się nożem.
- Ale ja nie potrzebuję trzeciego składnika - stwierdziłem gładko, a oczy starca momentalnie się poszerzyły. - Tylko wskazówek co do czwartego - wbiłem mu nóż w nogę.
Nathaniel zaczął krzyczeć. Chwyciłem go za podbródek.
- Cicho - syknąłem. - Im więcej składników tym bardziej boli, więc gadaj! Jaka to ma być esencja?!
- Esencja ludzkiego snu - wychrypiał. - To bardzo ważne, żeby to był człowiek. Obojętne czy czysty, czy z grzechami. Człowiek. Bez żadnych mocy.
Puściłem jego twarz i wyciągnąłem nóż czyszcząc go o ścierkę.
- Miło, że to mówisz - mruknąłem rzucając mu bandaż. - Nie opieraj się już nigdy. Wiedz, że to cię zaboli bardziej niż zabicie magicznym sztyletem.
I wyszedłem z pokoju. Usiadłem w gabinecie i zacząłem przeglądać moje notatki. Esencja ludzkiego snu... Co, kurwa?
Rosalin?
- W czym mogę pomóc? - spytała.
Uśmiechnąłem się do niej i oparłem o blat.
- Pracuję tutaj i jestem fryzjerem dziecięcym - powiedziałem machając dziewczynie palcami przed twarzą.
Ta skinęła głową jak zahipnotyzowana.
- Jesteś tu sama? - spytałem.
- Na zapleczu jest Colin - odparła pokazując mi palcem, gdzie mam pójść.
Skinąłem głową.
- Dzięki. Jeśli możesz to tam na zewnątrz siedzi mały pies. Bądź tak dobra, złotko i go tutaj przyprowadź.
I nie czekając na jej odpowiedź poszedłem na zaplecze. Był tam wysoki blondyn popijający herbatę. Gdy tylko mnie zobaczył pytająco uniósł brew.
- Pracuję tutaj i jestem fryzjerem dla dzieci - powtórzyłem machając palcami.
Chłopak skinął tylko głową. Wróciłem z zaplecza. Od razu zauważyłem jak tamta brunetka rozmawia z jakąś matką z dzieckiem. Serio to będzie takie łatwe?, pomyślałem i podszedłem bliżej.
- Dzień dobry - powiedziałem uśmiechając się. - W czym mogę pomóc?
Kobieta zmierzyła mnie niepewnym wzrokiem i schowała córkę za siebie.
- To jest fryzjer dziecięcy - brunetka uśmiechnęła się. - Ostrzyże pańską córkę. To profesjonalista.
Kiwnąłem głową.
- Jak masz na imię, dziewczynko? - spytałem.
- Rosalin - odparła niepewnie dziewczynka patrząc na matkę.
- Piękne imię - powiedziałem powstrzymując się od śmiechu. - Chodź. Zrobimy coś z twoimi włosami.
- Dobrze. To ty tutaj zostań Rosalin, a ja pójdę coś załatwić - matka uśmiechnęła się i wyszła.
Rosalin usiadła na obrotowym krześle. Założyłem jej "płachtę ochronną".
- Proszę przyciąć końcówki - powiedziała dziewczynka zanim o cokolwiek spytałem.
- Dobrze - odparłem.
Wyciągnąłem z szuflady jakieś nożyczki i grzebień.
- Wie pan, że ostatni wypadł mi ząb? - zaczęła Rosalin.
- Och, tak? To bardzo ciekawe - mruknąłem.
- Trochę bolało i polała się krew, ale tak to jest okey - kontynuowała swoją wypowiedź.
- Yhym.
Odciąłem jej kawałek włosów nożem. Ostrze zaczęło się świecić. Kolejny składnik został przeze mnie znaleziony. Chwyciłem nożyczki i zacząłem obcinać jej końcówki włosów. Nigdy nie byłem fryzjerem. A efekt końcowy może być naprawdę bardzo zabawny.
- Czy to normalne, że wypadł mi ząb? - spytała. - Mamusia i tatuś mówią, że tak, ale ja i tak się boję.
- Tak, to normalne - odparłem znudzony. - Już - dodałem po chwili zadowolony z efektu.
Ściągnąłem "łatę ochronną" z dziewczynki.
- Jak? - zapytałem.
- Ładnie - odparła przyglądając się w lustrze.
- Skoro byłaś taka dzielna w nagrodę idź i powab się z tamtym pieskiem - powiedziałem wskazując na Blaze'a.
- Piesek! - krzyknęła i pobiegła do niego. Od razu zaczęła go głaskać i tarmosić.
- Wybacz, stary - mruknąłem. - Raczej to się więcej nie powtórzy.
Uklęknąłem by pozbierać włosy dziewczynki do torebki. Wziąłem tak dużo jak tylko się dało, schowałem torebkę do kieszeni i wstałem otrzepując nogi. Podszedłem do lady.
- Zwalniam się - powiedziałem i skierowałem się w stronę Blaze'a. - Wybacz mała, ale muszę iść.
Rosalin skinęła ze smutkiem głową i usiadła na kanapie czekając na matkę. Chwyciłem za smycz psa i wyszedłem.
***
- Och - mruknąłem schodząc na sam dół. - Widzę, że już ci lepiej.
Nathaniel uśmiechał się z wyższością.
- Nic ci nie powiem - powiedział. - Nigdy się nie dowiesz jaki jest następny składnik.
Skrzywiłem się bawiąc się nożem.
- Ale ja nie potrzebuję trzeciego składnika - stwierdziłem gładko, a oczy starca momentalnie się poszerzyły. - Tylko wskazówek co do czwartego - wbiłem mu nóż w nogę.
Nathaniel zaczął krzyczeć. Chwyciłem go za podbródek.
- Cicho - syknąłem. - Im więcej składników tym bardziej boli, więc gadaj! Jaka to ma być esencja?!
- Esencja ludzkiego snu - wychrypiał. - To bardzo ważne, żeby to był człowiek. Obojętne czy czysty, czy z grzechami. Człowiek. Bez żadnych mocy.
Puściłem jego twarz i wyciągnąłem nóż czyszcząc go o ścierkę.
- Miło, że to mówisz - mruknąłem rzucając mu bandaż. - Nie opieraj się już nigdy. Wiedz, że to cię zaboli bardziej niż zabicie magicznym sztyletem.
I wyszedłem z pokoju. Usiadłem w gabinecie i zacząłem przeglądać moje notatki. Esencja ludzkiego snu... Co, kurwa?
Rosalin?
sobota, 14 listopada 2015
Od Rosalin Cd. Killian
Po kilku godzinach i trzech butelkach rumu później, goście zbierali się do wyjścia.
- Do zobaczenia - uśmiechnęłam się do Savary, z którą nawet się dogadywałam. Zamknęłam drzwi, jęcząc cicho. - Boże! W końcu poszli - dosłownie zrzuciłam wysokie, czarne szpilki, masując obolałe stopy.
- Dziękuję - powiedział Killian z salonu. Wyprostowałam się nagle, patrząc na niego z niedowierzaniem.
- Co? Mógłbyś powtórzyć? - Spytałam z zadziornym uśmieszkiem. - Chyba nie dosłyszałam.
- Nie przeginaj.
- Czyli jednak masz jakieś serce - przekrzywiłam lekko głowę, patrząc na cały syf w pokoju. - Rano posprzątamy - machnęłam ręką.
- Ty możesz posprzątać - zaproponował Kill. Uderzyłam go lekko w ramię.
- Wal się! - Krzyknęłam ze śmiechem. - Może wyjątkowo ty zrobisz coś dla mnie i posprzątasz?
- Ymm... Nie. Jesteś kobietą tak?
- Killian... - zamruczałam, podchodząc do niego. Wspięłam się na palce, by być z nim na równi. Przygryzłam wargę, patrząc na niego zalotnie. Czarnowłosy pochylił się w moją stronę, uśmiechając lekko. Nasze usta dzieliło kilka centymetrów. Odwróciłam głowę, kiedy przybliżył się bardziej. Czułam słodki, lekko duszący zapach perfum. Dotknęłam jego policzka, odsuwając się trochę - Sprzątniesz jutro - powiedziałam, gwałtownie przerywając pseudoromantyczny moment. Odwróciłam się i odeszłam do swojego pokoju. Słyszałam jeszcze jak Killian wzdycha głęboko, opadając na sofę.
***
Następnego ranka obudziło mnie światło wpadające przez okno. Dziwne... Zazwyczaj budził mnie Blaze. Otworzyłam oczy, rozglądając się dookoła. Nigdzie go nie było. Wstałam i wyszłam do salonu. Cisza i pustka. Ale za to był porządek.
- Killian? - Zawołałam, podchodząc do stolika. Leżała tam niewielka karteczka.
Wrócę wieczorem. Zabrałem ze sobą Blaze'a. Nie rozrabiaj za dużo skarbusiu.
Kill
Uśmiechnęłam się pod nosem, idąc do kuchni.Zrobiłam śniadanie dla dwóch osób. Przebrałam się w jakiś dres i zeszłam na dół do Nathaniela.
- Rosalin? - Spytał starzec, patrząc na mnie spod przymrużonych powiek.
- Tak. To ja -powiedziałam, kładąc talerze na stoliku. Mężczyzna miał podbite oko oraz rozciętą wargę. - Przyniosłam ci coś do jedzenia... - ostrożnie nakarmiłam go oraz obmyłam rany.
- Jak ci idzie zbieranie składników? - Spytał, opierając się ze spokojem o ścianę.
- Mam sztylet i krew. Łez jeszcze nie zdobyłam. Ale co jest następne?
- Włosy istoty czystej - odpowiedział. - Killian jeszcze o nim nie wie. Nie powiedziałem mu. - Skinęłam głową, zabierając naczynia.
- Postaram się to zdobyć. Jak tylko będę to miała, to do ciebie przyjdę. I jak będę bezpieczna.
- Jeśli mogę spytać, to co się wczoraj działo na górze? - Przystanęłam na schodach. - Słyszałem krzyki i...
- Wszyscy żyją, choć było blisko - wyjaśniłam tylko, wchodząc do gabinetu. Upewniłam się, że wszystko wzięłam i zamknęłam przejście.
Kill?
- Do zobaczenia - uśmiechnęłam się do Savary, z którą nawet się dogadywałam. Zamknęłam drzwi, jęcząc cicho. - Boże! W końcu poszli - dosłownie zrzuciłam wysokie, czarne szpilki, masując obolałe stopy.
- Dziękuję - powiedział Killian z salonu. Wyprostowałam się nagle, patrząc na niego z niedowierzaniem.
- Co? Mógłbyś powtórzyć? - Spytałam z zadziornym uśmieszkiem. - Chyba nie dosłyszałam.
- Nie przeginaj.
- Czyli jednak masz jakieś serce - przekrzywiłam lekko głowę, patrząc na cały syf w pokoju. - Rano posprzątamy - machnęłam ręką.
- Ty możesz posprzątać - zaproponował Kill. Uderzyłam go lekko w ramię.
- Wal się! - Krzyknęłam ze śmiechem. - Może wyjątkowo ty zrobisz coś dla mnie i posprzątasz?
- Ymm... Nie. Jesteś kobietą tak?
- Killian... - zamruczałam, podchodząc do niego. Wspięłam się na palce, by być z nim na równi. Przygryzłam wargę, patrząc na niego zalotnie. Czarnowłosy pochylił się w moją stronę, uśmiechając lekko. Nasze usta dzieliło kilka centymetrów. Odwróciłam głowę, kiedy przybliżył się bardziej. Czułam słodki, lekko duszący zapach perfum. Dotknęłam jego policzka, odsuwając się trochę - Sprzątniesz jutro - powiedziałam, gwałtownie przerywając pseudoromantyczny moment. Odwróciłam się i odeszłam do swojego pokoju. Słyszałam jeszcze jak Killian wzdycha głęboko, opadając na sofę.
***
Następnego ranka obudziło mnie światło wpadające przez okno. Dziwne... Zazwyczaj budził mnie Blaze. Otworzyłam oczy, rozglądając się dookoła. Nigdzie go nie było. Wstałam i wyszłam do salonu. Cisza i pustka. Ale za to był porządek.
- Killian? - Zawołałam, podchodząc do stolika. Leżała tam niewielka karteczka.
Wrócę wieczorem. Zabrałem ze sobą Blaze'a. Nie rozrabiaj za dużo skarbusiu.
Kill
Uśmiechnęłam się pod nosem, idąc do kuchni.Zrobiłam śniadanie dla dwóch osób. Przebrałam się w jakiś dres i zeszłam na dół do Nathaniela.
- Rosalin? - Spytał starzec, patrząc na mnie spod przymrużonych powiek.
- Tak. To ja -powiedziałam, kładąc talerze na stoliku. Mężczyzna miał podbite oko oraz rozciętą wargę. - Przyniosłam ci coś do jedzenia... - ostrożnie nakarmiłam go oraz obmyłam rany.
- Jak ci idzie zbieranie składników? - Spytał, opierając się ze spokojem o ścianę.
- Mam sztylet i krew. Łez jeszcze nie zdobyłam. Ale co jest następne?
- Włosy istoty czystej - odpowiedział. - Killian jeszcze o nim nie wie. Nie powiedziałem mu. - Skinęłam głową, zabierając naczynia.
- Postaram się to zdobyć. Jak tylko będę to miała, to do ciebie przyjdę. I jak będę bezpieczna.
- Jeśli mogę spytać, to co się wczoraj działo na górze? - Przystanęłam na schodach. - Słyszałem krzyki i...
- Wszyscy żyją, choć było blisko - wyjaśniłam tylko, wchodząc do gabinetu. Upewniłam się, że wszystko wzięłam i zamknęłam przejście.
Kill?
Od Killiana Cd Rosalin
Poszedłem do kuchni. Z zamrażarki wyciągnąłem lód. Przyłożyłem go sobie do miejsca, w którym uderzyłem się o framugę drzwi. Po chwili odłożyłem go po czym westchnąłem. Wyszedłem z kuchni i od razu pomaszerowałem w stronę łazienki. Nie chciałem od razu otwierać drzwi, więc po prostu zacząłem pukać. Gdy mimo wszystko Ross nie krzyknęła chociażby "Spierdalaj, świrze!", moje pukanie zmieniło się we wściekłe walenie.
- Czego chcesz?! - usłyszałem zaspany głos dziewczyny.
- Chciałem przeprosić - powiedziałem. - Nie zachowałem się zbyt fajnie, chociaż mimo wszystko ty także nie jesteś jakimś aniołkiem. Ale nie ważne. Tak, powtórzę się: chciałem cię przeprosić. I zawrzeć układ. Ja ciebie wypuszczę, a ty pomożesz mi ze znajomymi.
Nastała chwila milczenia.
- Dobra - stwierdziła Ross.
Wyciągnąłem z kieszeni klucz i otworzyłem drzwi. Rosalin wyszła z łazienki... i czym prędzej czmychnęła do swojego pokoju. Pobiegłem za nią, ale nie zdążyłem i dziewczyna siedziała u siebie zamknięta na klucz.
- Ross! - krzyknąłem waląc pięścią w drzwi.
- Spierdalaj! - odkrzyknęła dziewczyna.
Chciałem zacząć z nią rozmawiać kiedy nagle strasznie zaczęła boleć mnie głowa.
- Kac morderca nie ma serca - mruknąłem.
Wróciłem do swojego pokoju. Nastawiłem budzik by zdążyć ogarnąć wszystko przed przyjściem gości i poszedłem spać.
***
Usłyszałem dzwonek do drzwi. Powoli do nich podszedłem i otworzyłem je.
- Michael! Jak miło cię widzieć! - zawołał łysiejący i otyły mężczyzna w białym garniturze. - Och... Chyba miałeś malutki wypadek - zarechotał na widok braku mojego zarostu
- Witaj, Rolandzie - mruknąłem. - Proszę, rozgośćcie się.
Mężczyzna uśmiechnął się i razem z dużo młodszą od siebie kobietą poszedł do salonu. Mój przyjaciel Marcus skinął mi głową i razem ze swoją dziewczyną udał się tam gdzie Roland.
- Stary! - krzyknął rozradowany Ethan.
Uśmiechnąłem się do niego lekko. Chłopak objął mnie w niedźwiedzim uścisku.
- Puść mnie - stęknąłem. - Brakuje mi powietrza.
Poczułem jak on rozluźnia uchwyt.
- Wybacz - powiedział.
- Spoko - odparłem rozmasowując ramię. - Witaj, Sav.
- Hej - odparła uśmiechając się.
- Chodźcie - weszliśmy do salonu. Usiadłem na kanapie, a obok mnie Ethan i Savara. Na przeciwko na siedzieli Roland i Marcus ze swoimi dziewczynami. Łysiejący mężczyzna wyciągnął cygaro z kieszeni marynarki. Pieprzony dupek.
- To gdzie twoja kobieta, którą się tak chwaliłeś, Michael? - spytał Roland lekko paląc cygaro.
- Wiesz... - zacząłem.
- Przepraszam za spóźnienie - usłyszałem dobrze znany mi głos. Odwróciłem się w tamtą stronę. W drzwiach stała Rosalin. Miała na sobie seksowną czerwoną sukienkę. Włosy miała upięte w warkocz. - Mieliśmy dzień pełen wrażeń z Michaelem. Poszłam spać i no cóż... - dziewczyna zachichotała. - Niestety, ale zaspałam.
Rolandowi z wrażenia wypadło cygaro z ust. Gdybym nie był pod wrażeniem uroku Ross, nawrzeszczałbym na niego.
- Nic się nie stało - odparłem.
Dziewczyna powoli podeszła do mnie i usiadła mi na kolanach.
- Będzie cię to sporo kosztowało - wyszeptała gryząc mnie w ucho.
- Trudno - wymruczałem.
Roland odchrząknął.
- Może zagramy w te karty, co? - spytał.
Rosalin wstała i powoli podeszła do szafki. Wyciągnęła stamtąd pudełko z kartami i rzuciła mi je.
- Zaczynajmy - uśmiechnąłem się.
Rosalin?
- Czego chcesz?! - usłyszałem zaspany głos dziewczyny.
- Chciałem przeprosić - powiedziałem. - Nie zachowałem się zbyt fajnie, chociaż mimo wszystko ty także nie jesteś jakimś aniołkiem. Ale nie ważne. Tak, powtórzę się: chciałem cię przeprosić. I zawrzeć układ. Ja ciebie wypuszczę, a ty pomożesz mi ze znajomymi.
Nastała chwila milczenia.
- Dobra - stwierdziła Ross.
Wyciągnąłem z kieszeni klucz i otworzyłem drzwi. Rosalin wyszła z łazienki... i czym prędzej czmychnęła do swojego pokoju. Pobiegłem za nią, ale nie zdążyłem i dziewczyna siedziała u siebie zamknięta na klucz.
- Ross! - krzyknąłem waląc pięścią w drzwi.
- Spierdalaj! - odkrzyknęła dziewczyna.
Chciałem zacząć z nią rozmawiać kiedy nagle strasznie zaczęła boleć mnie głowa.
- Kac morderca nie ma serca - mruknąłem.
Wróciłem do swojego pokoju. Nastawiłem budzik by zdążyć ogarnąć wszystko przed przyjściem gości i poszedłem spać.
***
Usłyszałem dzwonek do drzwi. Powoli do nich podszedłem i otworzyłem je.
- Michael! Jak miło cię widzieć! - zawołał łysiejący i otyły mężczyzna w białym garniturze. - Och... Chyba miałeś malutki wypadek - zarechotał na widok braku mojego zarostu
- Witaj, Rolandzie - mruknąłem. - Proszę, rozgośćcie się.
Mężczyzna uśmiechnął się i razem z dużo młodszą od siebie kobietą poszedł do salonu. Mój przyjaciel Marcus skinął mi głową i razem ze swoją dziewczyną udał się tam gdzie Roland.
- Stary! - krzyknął rozradowany Ethan.
Uśmiechnąłem się do niego lekko. Chłopak objął mnie w niedźwiedzim uścisku.
- Puść mnie - stęknąłem. - Brakuje mi powietrza.
Poczułem jak on rozluźnia uchwyt.
- Wybacz - powiedział.
- Spoko - odparłem rozmasowując ramię. - Witaj, Sav.
- Hej - odparła uśmiechając się.
- Chodźcie - weszliśmy do salonu. Usiadłem na kanapie, a obok mnie Ethan i Savara. Na przeciwko na siedzieli Roland i Marcus ze swoimi dziewczynami. Łysiejący mężczyzna wyciągnął cygaro z kieszeni marynarki. Pieprzony dupek.
- To gdzie twoja kobieta, którą się tak chwaliłeś, Michael? - spytał Roland lekko paląc cygaro.
- Wiesz... - zacząłem.
- Przepraszam za spóźnienie - usłyszałem dobrze znany mi głos. Odwróciłem się w tamtą stronę. W drzwiach stała Rosalin. Miała na sobie seksowną czerwoną sukienkę. Włosy miała upięte w warkocz. - Mieliśmy dzień pełen wrażeń z Michaelem. Poszłam spać i no cóż... - dziewczyna zachichotała. - Niestety, ale zaspałam.
Rolandowi z wrażenia wypadło cygaro z ust. Gdybym nie był pod wrażeniem uroku Ross, nawrzeszczałbym na niego.
- Nic się nie stało - odparłem.
Dziewczyna powoli podeszła do mnie i usiadła mi na kolanach.
- Będzie cię to sporo kosztowało - wyszeptała gryząc mnie w ucho.
- Trudno - wymruczałem.
Roland odchrząknął.
- Może zagramy w te karty, co? - spytał.
Rosalin wstała i powoli podeszła do szafki. Wyciągnęła stamtąd pudełko z kartami i rzuciła mi je.
- Zaczynajmy - uśmiechnąłem się.
Rosalin?
Od Rosalin Cd. Killian
Skuliłam się na tylnym siedzeniu samochodu, zaciskając gwałtownie powieki.
- Zwolnij - powiedziałam cicho, czując jak pęd wciska mnie w fotel.
- Oddaj telefon - otworzyłam oczy, by zobaczyć wyciągniętą w moją stronę rękę Killiana.
- Patrz na jezdnię - wydukałam, czując jak krew odpływa mi z twarzy.
- Nie będę patrzeć, póki nie oddasz - powiedział twardo mężczyzna, patrząc na mnie chłodno. Wcisnęłam mu aparat do ręki, drżącymi rękami szukając pasów. Kill odwrócił się, patrząc na jezdnię. Mało co nie przejechał jakiejś staruszki. Przeglądał telefon, kasując zdjęcia i co jakiś czas zerkając na drogę. Oddychałam płytko, nie mogąc się poruszyć. Czułam jak strach mnie paraliżuje.
- Zwolnij proszę - szepnęłam. Jak na złość dodał gazu. Zacisnęłam powieki, podciągając kolana pod brodę. Otworzyłam je dopiero po dziesięciu minutach jazdy. Chyba byliśmy za miastem.
- Nie lubisz szybkiej jazdy? - Spytał Kill, wyrzucając telefon przez okno. Zatrzymaliśmy się gwałtownie, a pasy wbiły mi się mocno w ciało.
- Mówiłam ci, że moja matka zginęła w wypadku - wydukałam, próbując zapanować nad oddechem
- Faktycznie coś było - mężczyzna zamyślił się teatralnie, cofając gwałtownie. Mój telefon umarł pod kołami samochodu. - Ale jestem dupkiem - uśmiechnął się wrednie, znowu dodając gazu. Chyba zaczęłam krzyczeć. Nie wiem.
- Zwolnij! Proszę! - załkałam, zaciskając dłonie w pięści. Minęło kilka minut, zanim faktycznie zwolniliśmy. W końcu zatrzymaliśmy się. Drzwi po mojej lewej otworzyły się szeroko.
- Wysiadaj - powiedział szorstko Kill. Trzęsącymi się rękami, odpięłam pas. Nogi się pode mną ugięły, kiedy wyszłam. Odtrąciłam dłoń mężczyzny, odczołgując się od samochodu. Żołądek wywrócił mi się na drugą stronę. Odepchnęłam od siebie czarnowłosego, rzucając się do kosza na śmieci. Zwymiotowałam całe śniadanie.
- Nienawidzę cię - warknęłam, powoli wstając.
- Ze wzajemnością skarbusiu. Chodź. Póki co ci wystarczy - Kill wziął mnie za łokieć i z jego pomocą weszłam do budynku. Opadłam na kolana, kiedy tylko przekroczyliśmy próg. Blaze zaczął głośno szczekać na nasz widok.
- Już maluszku. Wybacz, że tak długo - szepnęłam, głaszcząc go.
- Wieczorem przychodzą moi znajomi. Pies będzie u ciebie w pokoju. Będę ciebie potrzebo...
- Pierdol się. Dzisiaj wychodzę - warknęłam, podnosząc się z podłogi.
- Gdzie niby? - Kill zmarszczył brwi.
- Nie twój interes - mruknęłam, idąc w stronę pokoju. Mężczyzna zamknął mój nadgarstek w żelaznym uścisku.
- Mój, jeśli będziesz mi potrzebna - wolną dłonią uderzyłam go w twarz.
- Nie jestem żadnym przedmiotem, który możesz sobie wykorzystywać. Puść mnie - powiedziałam. Kill chwycił się za czerwony policzek.
- Ty mała, wredna suko - mruknął. Znowu przerzucił mnie przez ramię, idąc do łazienki.
- Puść mnie! Zostaw! - Krzyczałam, kopiąc go i drapiąc, jednak nic sobie z tego nie robił. Chwyciłam go za włosy, uderzając jego głową w framugę od drzwi łazienki. Zatoczył się, jednak wrzucił mnie do środka i zamknął drzwi od zewnątrz. - Wypuść mnie!- Zaczęłam walić w drewno.
- Nie otworzysz ich. Są zbyt solidne. Kiedyś cię wypuszczę... Kiedyś - zaśmiał się głośno, odchodząc. Odpełzłam od drzwi, siadając w kącie. Zajebiście... Naprawdę super. Poczułam jak w gardle zbiera mi się płacz. Nie! Zacisnęłam pięści. Nie dam mu tej satysfakcji. Odetchnęłam głęboko, odchylając głowę do tyłu. Po jakiś czasie zapadłam w płytki sen.
Kill?
- Zwolnij - powiedziałam cicho, czując jak pęd wciska mnie w fotel.
- Oddaj telefon - otworzyłam oczy, by zobaczyć wyciągniętą w moją stronę rękę Killiana.
- Patrz na jezdnię - wydukałam, czując jak krew odpływa mi z twarzy.
- Nie będę patrzeć, póki nie oddasz - powiedział twardo mężczyzna, patrząc na mnie chłodno. Wcisnęłam mu aparat do ręki, drżącymi rękami szukając pasów. Kill odwrócił się, patrząc na jezdnię. Mało co nie przejechał jakiejś staruszki. Przeglądał telefon, kasując zdjęcia i co jakiś czas zerkając na drogę. Oddychałam płytko, nie mogąc się poruszyć. Czułam jak strach mnie paraliżuje.
- Zwolnij proszę - szepnęłam. Jak na złość dodał gazu. Zacisnęłam powieki, podciągając kolana pod brodę. Otworzyłam je dopiero po dziesięciu minutach jazdy. Chyba byliśmy za miastem.
- Nie lubisz szybkiej jazdy? - Spytał Kill, wyrzucając telefon przez okno. Zatrzymaliśmy się gwałtownie, a pasy wbiły mi się mocno w ciało.
- Mówiłam ci, że moja matka zginęła w wypadku - wydukałam, próbując zapanować nad oddechem
- Faktycznie coś było - mężczyzna zamyślił się teatralnie, cofając gwałtownie. Mój telefon umarł pod kołami samochodu. - Ale jestem dupkiem - uśmiechnął się wrednie, znowu dodając gazu. Chyba zaczęłam krzyczeć. Nie wiem.
- Zwolnij! Proszę! - załkałam, zaciskając dłonie w pięści. Minęło kilka minut, zanim faktycznie zwolniliśmy. W końcu zatrzymaliśmy się. Drzwi po mojej lewej otworzyły się szeroko.
- Wysiadaj - powiedział szorstko Kill. Trzęsącymi się rękami, odpięłam pas. Nogi się pode mną ugięły, kiedy wyszłam. Odtrąciłam dłoń mężczyzny, odczołgując się od samochodu. Żołądek wywrócił mi się na drugą stronę. Odepchnęłam od siebie czarnowłosego, rzucając się do kosza na śmieci. Zwymiotowałam całe śniadanie.
- Nienawidzę cię - warknęłam, powoli wstając.
- Ze wzajemnością skarbusiu. Chodź. Póki co ci wystarczy - Kill wziął mnie za łokieć i z jego pomocą weszłam do budynku. Opadłam na kolana, kiedy tylko przekroczyliśmy próg. Blaze zaczął głośno szczekać na nasz widok.
- Już maluszku. Wybacz, że tak długo - szepnęłam, głaszcząc go.
- Wieczorem przychodzą moi znajomi. Pies będzie u ciebie w pokoju. Będę ciebie potrzebo...
- Pierdol się. Dzisiaj wychodzę - warknęłam, podnosząc się z podłogi.
- Gdzie niby? - Kill zmarszczył brwi.
- Nie twój interes - mruknęłam, idąc w stronę pokoju. Mężczyzna zamknął mój nadgarstek w żelaznym uścisku.
- Mój, jeśli będziesz mi potrzebna - wolną dłonią uderzyłam go w twarz.
- Nie jestem żadnym przedmiotem, który możesz sobie wykorzystywać. Puść mnie - powiedziałam. Kill chwycił się za czerwony policzek.
- Ty mała, wredna suko - mruknął. Znowu przerzucił mnie przez ramię, idąc do łazienki.
- Puść mnie! Zostaw! - Krzyczałam, kopiąc go i drapiąc, jednak nic sobie z tego nie robił. Chwyciłam go za włosy, uderzając jego głową w framugę od drzwi łazienki. Zatoczył się, jednak wrzucił mnie do środka i zamknął drzwi od zewnątrz. - Wypuść mnie!- Zaczęłam walić w drewno.
- Nie otworzysz ich. Są zbyt solidne. Kiedyś cię wypuszczę... Kiedyś - zaśmiał się głośno, odchodząc. Odpełzłam od drzwi, siadając w kącie. Zajebiście... Naprawdę super. Poczułam jak w gardle zbiera mi się płacz. Nie! Zacisnęłam pięści. Nie dam mu tej satysfakcji. Odetchnęłam głęboko, odchylając głowę do tyłu. Po jakiś czasie zapadłam w płytki sen.
Kill?
piątek, 13 listopada 2015
Od Killiana Cd Rosalin
Obudziłem się rano. Było dziwnie zimno i twardo, a także bolała mnie głowa. Spojrzałem na siebie. Byłem ubrany w poncho. W tylko poncho. Co...?
Usłyszałem dziwny dźwięk dochodzący z prawej strony. Odwróciłem się. Stała tam Ross i głupkowato się śmiejąc robiła mi zdjęcia.
- Co, kurwa? - spytałem próbując wstać.
- Zamknij twarz i nie ruszaj się! - powiedziała dziewczyna. - Pozuj bo cykam ci fotki.
- Oddawaj ten telefon! - krzyknąłem.
- Nie - zaśmiała się Rosalin - Pierdol się - pokazała mi środkowy palec i uciekła.
Ponownie spróbowałem wstać, ale powstrzymała mnie przed tym fala bólu. Chwyciłem się za głowę, którą rozsadzał niesamowity ból. Poczułem coś dziwnego i mokrego. Przyłożyłem rękę do twarzy i na palcach zobaczyłem czerwoną maź. Po zapachu poznałem, że to salsa.
- Co tu się, kurwa dzieje? - mruknąłem.
Podniosłem się wolno. Dopiero teraz zauważyłem, że leżałem w rowie w najbardziej obskurnej części miasta. Szykuje się zajebista zabawa, pomyślałem i pognałem w stronę, w którą prawdopodobnie mogła udać się Ross.
***
Usłyszałem cichy, przytłumiony chichot. Szedłem powoli i uważnie by nie zrobić najmniejszego hałasu. Wychyliłem się lekko i zajrzałem do bocznej uliczki. Rosalin siedziała oparta o ścianę. W dłoni trzymała telefon. Podszedłem do niej i wyrwałem jej telefon z ręki. Już miałem zacząć przeglądać zdjęcia by je jak najszybciej usunąć, ale usłyszałem krzyk Ross.
- PEDOFIL!
Znieruchomiałem. Wtedy zauważyłem jakąś starszą kobietę idącą obok.
- Zadzwonię na policję jeśli się pan nie odsunie! - krzyknęła powoli podchodząc.
Wtedy Rosalin wyrwała mi telefon i pobiegła przed siebie. Mamrocząc pod nosem i nie zwracając uwagi na kobietę nie pobiegłem za dziewczyną, a skierowałem się w stronę mojego apartamentu.
***
- Co to kurwa ma być?! - krzyknąłem oglądając się w lustrze. - Wyglądam jak gówno...
Nie miałem brody. Miałem jakiś dziwny wąs. Szybko zgoliłem to paskudztwo. Później umyłem włosy. Salsa nie jest zbyt dobrą odżywką. Nie polecam.
Ubrałem się w coś innego niż poncho i wyszedłem z domu i zacząłem szukać tej niewdzięcznej suki.
***
Zatrzymałem samochód przed małą kawiarnią. Na zewnątrz siedziała Rosalin i popijała kawę szczerząc się do telefonu. Wysiadłem z auta i podszedłem do Ross. Postukałem ją w ramię. Gdy tylko się odwróciła, chwyciłem ją w pasie i przerzuciłem przez ramię.
- Idziemy, dziołcho! - zawołałem radośnie.
- Zostaw mnie! - krzyczała Rosalin i biła mnie w plecy. - Puszczaj!
Otworzyłem tylne drzwi do samochodu i usadowiłem dziewczynę w środku, po czym zamknąłem je by nie mogła wyjść. Usiadłem po stronie kierowcy.
- W domu zobaczymy czy będzie ci tak wesoło - mruknąłem tylko i nacisnąłem pedał gazu.
Rosalin?
Usłyszałem dziwny dźwięk dochodzący z prawej strony. Odwróciłem się. Stała tam Ross i głupkowato się śmiejąc robiła mi zdjęcia.
- Co, kurwa? - spytałem próbując wstać.
- Zamknij twarz i nie ruszaj się! - powiedziała dziewczyna. - Pozuj bo cykam ci fotki.
- Oddawaj ten telefon! - krzyknąłem.
- Nie - zaśmiała się Rosalin - Pierdol się - pokazała mi środkowy palec i uciekła.
Ponownie spróbowałem wstać, ale powstrzymała mnie przed tym fala bólu. Chwyciłem się za głowę, którą rozsadzał niesamowity ból. Poczułem coś dziwnego i mokrego. Przyłożyłem rękę do twarzy i na palcach zobaczyłem czerwoną maź. Po zapachu poznałem, że to salsa.
- Co tu się, kurwa dzieje? - mruknąłem.
Podniosłem się wolno. Dopiero teraz zauważyłem, że leżałem w rowie w najbardziej obskurnej części miasta. Szykuje się zajebista zabawa, pomyślałem i pognałem w stronę, w którą prawdopodobnie mogła udać się Ross.
***
Usłyszałem cichy, przytłumiony chichot. Szedłem powoli i uważnie by nie zrobić najmniejszego hałasu. Wychyliłem się lekko i zajrzałem do bocznej uliczki. Rosalin siedziała oparta o ścianę. W dłoni trzymała telefon. Podszedłem do niej i wyrwałem jej telefon z ręki. Już miałem zacząć przeglądać zdjęcia by je jak najszybciej usunąć, ale usłyszałem krzyk Ross.
- PEDOFIL!
Znieruchomiałem. Wtedy zauważyłem jakąś starszą kobietę idącą obok.
- Zadzwonię na policję jeśli się pan nie odsunie! - krzyknęła powoli podchodząc.
Wtedy Rosalin wyrwała mi telefon i pobiegła przed siebie. Mamrocząc pod nosem i nie zwracając uwagi na kobietę nie pobiegłem za dziewczyną, a skierowałem się w stronę mojego apartamentu.
***
- Co to kurwa ma być?! - krzyknąłem oglądając się w lustrze. - Wyglądam jak gówno...
Nie miałem brody. Miałem jakiś dziwny wąs. Szybko zgoliłem to paskudztwo. Później umyłem włosy. Salsa nie jest zbyt dobrą odżywką. Nie polecam.
Ubrałem się w coś innego niż poncho i wyszedłem z domu i zacząłem szukać tej niewdzięcznej suki.
***
Zatrzymałem samochód przed małą kawiarnią. Na zewnątrz siedziała Rosalin i popijała kawę szczerząc się do telefonu. Wysiadłem z auta i podszedłem do Ross. Postukałem ją w ramię. Gdy tylko się odwróciła, chwyciłem ją w pasie i przerzuciłem przez ramię.
- Idziemy, dziołcho! - zawołałem radośnie.
- Zostaw mnie! - krzyczała Rosalin i biła mnie w plecy. - Puszczaj!
Otworzyłem tylne drzwi do samochodu i usadowiłem dziewczynę w środku, po czym zamknąłem je by nie mogła wyjść. Usiadłem po stronie kierowcy.
- W domu zobaczymy czy będzie ci tak wesoło - mruknąłem tylko i nacisnąłem pedał gazu.
Rosalin?
Od Rosalin Cd. Killian
Przez długi czas jechaliśmy w ciszy.
- Wysadzisz mnie koło Mike'a? Podobno sprzedał już mieszkanie i chciałabym odzyskać swoją kasę - powiedziałam, patrząc przed siebie.
- Jasne. To gdzieś tutaj prawda? - Spytał, zatrzymując się dwie ulice od mieszkania.
- Przejdę się - posłałam mu krzywy uśmiech, wysiadając z samochodu. Trzasnęłam drzwiami, wciskając ręce do kieszeni. Ruszyłam przed siebie, spuszczając głowę.
- Następnym razem łaskawie nie trzaskaj tak - mruknął Killian, przejeżdżając obok mnie, by po chwili zniknąć z warkotem silnika.Wzruszyłam ramionami, powolnym krokiem kierując się do Mike'a. Zapukałam do drzwi, jednak zamiast dobrze znanego mi chłopaka, otworzyła je niska brunetka.
- Tak? - Spytała, lustrując mnie wzrokiem. Nonszalancko żuła gumę, bawiąc się włosami.
- Przyszłam do Mike'a - wyjaśniłam, zerkając ponad jej ramieniem.
- Wyjechał dwa dni temu. Pewnie jesteś Rosalin. Kazał ci to przekazać - dziewczyna podała mi kopertę i zamknęła drzwi przed nosem. Zaciekawiona spojrzałam do wnętrza koperty. Zgodnie z obietnicą były tam pieniądze, jednak o wiele mniej niż się umawialiśmy.
- A to sukinsyn - warknęłam, chowając kasę. Dalej przeklinając blondyna wyszłam na ulicę. Nie mogę marnować czasu. Muszę jeszcze znaleźć Stefano, przekonać go by dał mi sztylet i wrócić do Killiana przed zmrokiem. Yh.. Będzie ciężko.
***
Po ponad godzinnych poszukiwaniach znalazłam znajomego Nathaniela.
- Nie przyjmuję żadnych akwizytorów, komorników ani dziwek - mruknął mężczyzna przez zamknięte drzwi.
- Przyszłam od twojego brata - powiedziałam cicho, rozglądając się na boki. Stefano mieszkał w najbardziej podłej części miasta. Jakoś nie uśmiechało mi się siedzieć tutaj dłużej niż trzeba.
- Spierdalać! Chcę być sam! - krzyknął.
- Stefano... Wiesz, że orzechy zbiera się jesienią? - Spytała cicho, przytykając ucho do szorstkiego drewna. Nagle drzwi otworzyły się a ja praktycznie wpadłam do środka. Poczułam nóż na gardle.
- S-skąd... Ty... - Zaczął starzec, stojący za mną. Wydawał się zszokowany i załamany jednocześnie. Ręce drżały mu z emocji.
- Rozmawiałam z twoim znajomym. Nathanielem. Kazał mi do ciebie przyjść po...
- Drugi bliźniaczy sztylet? - Dokończył za mnie, odstawiając nóż. - Rozumiem - mężczyzna oddychał ciężko. - Stój tu i nie ruszaj się. Zaraz ci go przyniosę. A potem wypad - mruknął, odchodząc. Stałam jak skamieniała, oddychając szybko. Kroki wróciły po chwili razem z nierównym oddechem. - Trzymaj. I nie pokazuj go nikomu - poczułam chłód skóry pod palcami prawej ręki. Skinęłam tylko głową, chowając sztylet do kieszeni. Serce biło mi jak oszalałe, kiedy wyszłam na zewnątrz.
- Dziękuję - szepnęłam.
- Nie dziękuj. Nie wiesz, na co się piszesz dziecko... - odprowadził mnie smutny głos starca. Nie odwracając się za siebie, odbiegłam. Boże... to jakiś szaleniec.
***
Wracałam późnym wieczorem przez znajome ulice. Jestem na siebie zła. Nic nie zdobyłam. Oczywiście obok fiolki z krwią, która ze spokojem leżała w kieszeni kurtki. Nie mam takiej mocy, by zdobyć łzy bez wzbudzania podejrzeń. Będę musiała coś wymyślić. Powoli weszłam po schodach do mieszkania.
- Wróciłam! - Zawołałam, ściągając kurtkę. Blaze wbiegł mi w ramiona, liżąc po twarzy jak szalony. - Już spokojnie skarbusiu - wzięłam go na ręce, wycierając jego ślinę.
- Doobrze... Przynieś mi rum kobieto! - zawołał czarnowłosy z kanapy, rozbijając szklankę o podłogę.
- Jesteś pijany - mruknęłam, podchodząc do niego.
- Taaak - Kill uśmiechnął się błogo. - Gdzie ten rum?
- Rusz dupę sam. Nie jestem twoją służącą - mruknęłam, znikając w swoim pokoju. Na wszelki wypadek zamknęłam drzwi na klucz.
Kill
- Wysadzisz mnie koło Mike'a? Podobno sprzedał już mieszkanie i chciałabym odzyskać swoją kasę - powiedziałam, patrząc przed siebie.
- Jasne. To gdzieś tutaj prawda? - Spytał, zatrzymując się dwie ulice od mieszkania.
- Przejdę się - posłałam mu krzywy uśmiech, wysiadając z samochodu. Trzasnęłam drzwiami, wciskając ręce do kieszeni. Ruszyłam przed siebie, spuszczając głowę.
- Następnym razem łaskawie nie trzaskaj tak - mruknął Killian, przejeżdżając obok mnie, by po chwili zniknąć z warkotem silnika.Wzruszyłam ramionami, powolnym krokiem kierując się do Mike'a. Zapukałam do drzwi, jednak zamiast dobrze znanego mi chłopaka, otworzyła je niska brunetka.
- Tak? - Spytała, lustrując mnie wzrokiem. Nonszalancko żuła gumę, bawiąc się włosami.
- Przyszłam do Mike'a - wyjaśniłam, zerkając ponad jej ramieniem.
- Wyjechał dwa dni temu. Pewnie jesteś Rosalin. Kazał ci to przekazać - dziewczyna podała mi kopertę i zamknęła drzwi przed nosem. Zaciekawiona spojrzałam do wnętrza koperty. Zgodnie z obietnicą były tam pieniądze, jednak o wiele mniej niż się umawialiśmy.
- A to sukinsyn - warknęłam, chowając kasę. Dalej przeklinając blondyna wyszłam na ulicę. Nie mogę marnować czasu. Muszę jeszcze znaleźć Stefano, przekonać go by dał mi sztylet i wrócić do Killiana przed zmrokiem. Yh.. Będzie ciężko.
***
Po ponad godzinnych poszukiwaniach znalazłam znajomego Nathaniela.
- Nie przyjmuję żadnych akwizytorów, komorników ani dziwek - mruknął mężczyzna przez zamknięte drzwi.
- Przyszłam od twojego brata - powiedziałam cicho, rozglądając się na boki. Stefano mieszkał w najbardziej podłej części miasta. Jakoś nie uśmiechało mi się siedzieć tutaj dłużej niż trzeba.
- Spierdalać! Chcę być sam! - krzyknął.
- Stefano... Wiesz, że orzechy zbiera się jesienią? - Spytała cicho, przytykając ucho do szorstkiego drewna. Nagle drzwi otworzyły się a ja praktycznie wpadłam do środka. Poczułam nóż na gardle.
- S-skąd... Ty... - Zaczął starzec, stojący za mną. Wydawał się zszokowany i załamany jednocześnie. Ręce drżały mu z emocji.
- Rozmawiałam z twoim znajomym. Nathanielem. Kazał mi do ciebie przyjść po...
- Drugi bliźniaczy sztylet? - Dokończył za mnie, odstawiając nóż. - Rozumiem - mężczyzna oddychał ciężko. - Stój tu i nie ruszaj się. Zaraz ci go przyniosę. A potem wypad - mruknął, odchodząc. Stałam jak skamieniała, oddychając szybko. Kroki wróciły po chwili razem z nierównym oddechem. - Trzymaj. I nie pokazuj go nikomu - poczułam chłód skóry pod palcami prawej ręki. Skinęłam tylko głową, chowając sztylet do kieszeni. Serce biło mi jak oszalałe, kiedy wyszłam na zewnątrz.
- Dziękuję - szepnęłam.
- Nie dziękuj. Nie wiesz, na co się piszesz dziecko... - odprowadził mnie smutny głos starca. Nie odwracając się za siebie, odbiegłam. Boże... to jakiś szaleniec.
***
Wracałam późnym wieczorem przez znajome ulice. Jestem na siebie zła. Nic nie zdobyłam. Oczywiście obok fiolki z krwią, która ze spokojem leżała w kieszeni kurtki. Nie mam takiej mocy, by zdobyć łzy bez wzbudzania podejrzeń. Będę musiała coś wymyślić. Powoli weszłam po schodach do mieszkania.
- Wróciłam! - Zawołałam, ściągając kurtkę. Blaze wbiegł mi w ramiona, liżąc po twarzy jak szalony. - Już spokojnie skarbusiu - wzięłam go na ręce, wycierając jego ślinę.
- Doobrze... Przynieś mi rum kobieto! - zawołał czarnowłosy z kanapy, rozbijając szklankę o podłogę.
- Jesteś pijany - mruknęłam, podchodząc do niego.
- Taaak - Kill uśmiechnął się błogo. - Gdzie ten rum?
- Rusz dupę sam. Nie jestem twoją służącą - mruknęłam, znikając w swoim pokoju. Na wszelki wypadek zamknęłam drzwi na klucz.
Kill
wtorek, 10 listopada 2015
Od Killiana Cd Rosalin
Zacmokałem z dezaprobatą.
- Wstawaj, skarbusiu - powiedziałem. - Musisz gdzieś ze mną pojechać. Odlicz to sobie od przysługi.
- Nie możemy tak zostawić Blaze'a samego - stwierdziła dziewczyna głaszcząc psa.
- Twoja nie żadna wymówka, skarbeńku - mruknąłem. - Blaze sobie poradzi. Pójdę mu dać jedzenie i wodę. Za 15 minut widzimy się w salonie, moja droga.
***
- Gdzie my do cholery jedziemy, Killian?! - zawołała Ross. - Jeśli tylko będziesz się do mnie dobierał, przypierdolę ci z całej siły w kroczę!
Uśmiechnąłem się.
- Może kiedy indziej, skarbeńku - powiedziałem. - Jesteśmy.
Wysiadłem z samochodu,a Rosalin już stała na parkingu.
- Czy to... szpital? - spytała niepewnie.
- Musze coś załatwić - odparłem lekko. - Masz kolejną przysługę do odhaczenia. Udawaj chorą. Nie obchodzi mnie na co. Byleby dość długo. Gdy będzie po wszystkim, przyjdę po ciebie.
Dziewczyna uniosła brew.
- Co będziesz tam robił?
- Moja sprawa - warknąłem. - Chodź.
Weszliśmy do szpitala. Szybko podbiegłem do pielęgniarki i zacząłem machać chaotycznie rękami, co jakiś czas wskazując na Rosalin, która zaczęła zwijać się z bólu. Amatorka...
- Proszę pana, niechże się pan uspokoi! - krzyknęła. - Proszę zostać z dziewczyną, już lecę po doktora.
I pobiegła.
- I jak było? - spytała Ross podchodząc do mnie.
Ludzie jakoś nie zwrócili uwagi na jej "cudowne" ozdrowienie.
- Za mało przekonująco zwijałaś się z bólu - stwierdziłem.
- Pfff...
Pielęgniarka i dwójka lekarzy przybiegły, a Ross od razu zaczęła zwijać się z bólu. Lekarze odeszli z dziewczyną, przywołując jeszcze jakieś inne pielęgniarki, a tamta co z nią rozmawiałem podeszła do mnie.
- Proszę pana, tak mi przykro..
- Sza! Grzecznie przestaniesz mnie okłamywać i powiesz gdzie znajdę lekarskie przebranie.
Pielęgniarka patrzyła na mnie przez chwilę po czym pokazała palcem w którą stronę mam iść i dodała:
- Drugie drzwi po prawej.
- Dobrze - westchnąłem. - Gdzie porodówka? I czy jakaś matka straciła dziecko?
- Porodówka jest na drugim piętrze. O matce nic nie wiem. Będzie tam lekarz, który udzieli ci odpowiedzi.
- Dzięki za pomoc. Nie będziesz pamiętała tej rozmowy, a tym bardziej mnie i Rosalin - pomachałem jej ręką przed twarzą i pobiegłem szybko we wskazanym najpierw kierunku. Gdy spotykałem jakiegoś lekarza czy pielęgniarkę, kazałem zapominać im o mojej obecności.
Trafiłem do odpowiedniego pomieszczenia, przebrałem się i powędrowałem na porodówkę. Tam spotkałem tego lekarza.
- Jest tu jakaś matka, która straciła dziecko? - spytałem od razu.
Lekarz machnął ręką w którą stronę mam iść i nawet na mnie nie spojrzał. Poszedłem w tamtą stronę. Na łóżku szpitalnym siedziała młoda kobieta. Mogła mieć około dwudziestu czterech lat. Miała twarz schowaną w dłoniach i płakała. Zapukałem w otwarte już drzwi.
- Idźcie stąd! - krzyknęła patrząc na mnie. - Nie chcę waszego głupiego jedzenia!
- Nie przyszedłem cię karmić - wzruszyłem ramionami. - Jeśli chcesz umierać z głodu, to twój wybór.
- Jakie to miłe... - mruknęła.
- Słuchaj, wiem, że straciłaś dziecko i wiem, że jest ci ciężko...
- A co ty możesz o tym wiedzieć?! - wydarła się na mnie.
- Bo straciłem kiedyś syna - uśmiechnąłem się do niej niepewnie.
- Przykro mi...
Machnąłem ręką.
- Pogodziłem się ze stratą. Ty też musisz. Ale najpierw musisz wypłakać swoje żale.
- Co proszę? - kobieta popatrzyła na mnie.
- Jeśli nie wydusisz tego wszystkiego nigdy więcej nie zaznasz szczęścia. Musisz wiedzieć, że to nie twoja, czy kogokolwiek wina. Może tylko tego kogoś na górze. Trudno jest się pogodzić ze stratą, ale musisz to zrobić.
Uśmiechnęła się do mnie.
- Wiesz, że nadałam mu imię? - powiedziała. - Miał nazywać się Johnny.
- Ładnie - stwierdziłem. - Dlaczego tak?
- Po moim mężu, który zmarł kilka tygodni wcześniej... Tylko on by mi został. Teraz... nie mam nikogo.
Kobieta zaczęła płakać. Szybko wyciągnąłem fiolkę i chwyciłem tyle łez ile się dało. Miała zamknięte oczy, więc zdążyłem jeszcze wziąć jedną łzę na sztylet. Szybko go ponownie schowałem.
- Pamiętaj co ci powiedziałem...
- Melanie - dokończyła. - Jestem Melanie.
Uśmiechnąłem się do niej.
- Pamiętaj co ci powiedziałem Melanie. Wyduś wszystko z siebie i pogódź się ze stratą. Tak jest łatwiej.
Wstałem i wyszedłem z jej pokoju. Po chwili ściągnąłem z siebie fartuch i pobiegłem szukać Ross. Znalazłem ją w pokoju pełnym lekarzy. Wszedłem do środka jak gdyby nigdy nic, powiedziałem do nich "Nigdy nas tu nie widzieliście" po czym chwyciłem Rosalin za rękę i wybiegliśmy ze szpitala.
- Masz to, po co przyszedłeś? - wyspała.
- Owszem, skarbeńku. A teraz wskakuj do samochodu. Blaze jest wystarczająco zbyt długo sam w domu.
Dziewczyna bez protestów usiadła na miejscu pasażera. Wsiadłem do auta i szybko odjechałem. Było tak, jak gdyby nas nie było.
Rosalin?
- Wstawaj, skarbusiu - powiedziałem. - Musisz gdzieś ze mną pojechać. Odlicz to sobie od przysługi.
- Nie możemy tak zostawić Blaze'a samego - stwierdziła dziewczyna głaszcząc psa.
- Twoja nie żadna wymówka, skarbeńku - mruknąłem. - Blaze sobie poradzi. Pójdę mu dać jedzenie i wodę. Za 15 minut widzimy się w salonie, moja droga.
***
- Gdzie my do cholery jedziemy, Killian?! - zawołała Ross. - Jeśli tylko będziesz się do mnie dobierał, przypierdolę ci z całej siły w kroczę!
Uśmiechnąłem się.
- Może kiedy indziej, skarbeńku - powiedziałem. - Jesteśmy.
Wysiadłem z samochodu,a Rosalin już stała na parkingu.
- Czy to... szpital? - spytała niepewnie.
- Musze coś załatwić - odparłem lekko. - Masz kolejną przysługę do odhaczenia. Udawaj chorą. Nie obchodzi mnie na co. Byleby dość długo. Gdy będzie po wszystkim, przyjdę po ciebie.
Dziewczyna uniosła brew.
- Co będziesz tam robił?
- Moja sprawa - warknąłem. - Chodź.
Weszliśmy do szpitala. Szybko podbiegłem do pielęgniarki i zacząłem machać chaotycznie rękami, co jakiś czas wskazując na Rosalin, która zaczęła zwijać się z bólu. Amatorka...
- Proszę pana, niechże się pan uspokoi! - krzyknęła. - Proszę zostać z dziewczyną, już lecę po doktora.
I pobiegła.
- I jak było? - spytała Ross podchodząc do mnie.
Ludzie jakoś nie zwrócili uwagi na jej "cudowne" ozdrowienie.
- Za mało przekonująco zwijałaś się z bólu - stwierdziłem.
- Pfff...
Pielęgniarka i dwójka lekarzy przybiegły, a Ross od razu zaczęła zwijać się z bólu. Lekarze odeszli z dziewczyną, przywołując jeszcze jakieś inne pielęgniarki, a tamta co z nią rozmawiałem podeszła do mnie.
- Proszę pana, tak mi przykro..
- Sza! Grzecznie przestaniesz mnie okłamywać i powiesz gdzie znajdę lekarskie przebranie.
Pielęgniarka patrzyła na mnie przez chwilę po czym pokazała palcem w którą stronę mam iść i dodała:
- Drugie drzwi po prawej.
- Dobrze - westchnąłem. - Gdzie porodówka? I czy jakaś matka straciła dziecko?
- Porodówka jest na drugim piętrze. O matce nic nie wiem. Będzie tam lekarz, który udzieli ci odpowiedzi.
- Dzięki za pomoc. Nie będziesz pamiętała tej rozmowy, a tym bardziej mnie i Rosalin - pomachałem jej ręką przed twarzą i pobiegłem szybko we wskazanym najpierw kierunku. Gdy spotykałem jakiegoś lekarza czy pielęgniarkę, kazałem zapominać im o mojej obecności.
Trafiłem do odpowiedniego pomieszczenia, przebrałem się i powędrowałem na porodówkę. Tam spotkałem tego lekarza.
- Jest tu jakaś matka, która straciła dziecko? - spytałem od razu.
Lekarz machnął ręką w którą stronę mam iść i nawet na mnie nie spojrzał. Poszedłem w tamtą stronę. Na łóżku szpitalnym siedziała młoda kobieta. Mogła mieć około dwudziestu czterech lat. Miała twarz schowaną w dłoniach i płakała. Zapukałem w otwarte już drzwi.
- Idźcie stąd! - krzyknęła patrząc na mnie. - Nie chcę waszego głupiego jedzenia!
- Nie przyszedłem cię karmić - wzruszyłem ramionami. - Jeśli chcesz umierać z głodu, to twój wybór.
- Jakie to miłe... - mruknęła.
- Słuchaj, wiem, że straciłaś dziecko i wiem, że jest ci ciężko...
- A co ty możesz o tym wiedzieć?! - wydarła się na mnie.
- Bo straciłem kiedyś syna - uśmiechnąłem się do niej niepewnie.
- Przykro mi...
Machnąłem ręką.
- Pogodziłem się ze stratą. Ty też musisz. Ale najpierw musisz wypłakać swoje żale.
- Co proszę? - kobieta popatrzyła na mnie.
- Jeśli nie wydusisz tego wszystkiego nigdy więcej nie zaznasz szczęścia. Musisz wiedzieć, że to nie twoja, czy kogokolwiek wina. Może tylko tego kogoś na górze. Trudno jest się pogodzić ze stratą, ale musisz to zrobić.
Uśmiechnęła się do mnie.
- Wiesz, że nadałam mu imię? - powiedziała. - Miał nazywać się Johnny.
- Ładnie - stwierdziłem. - Dlaczego tak?
- Po moim mężu, który zmarł kilka tygodni wcześniej... Tylko on by mi został. Teraz... nie mam nikogo.
Kobieta zaczęła płakać. Szybko wyciągnąłem fiolkę i chwyciłem tyle łez ile się dało. Miała zamknięte oczy, więc zdążyłem jeszcze wziąć jedną łzę na sztylet. Szybko go ponownie schowałem.
- Pamiętaj co ci powiedziałem...
- Melanie - dokończyła. - Jestem Melanie.
Uśmiechnąłem się do niej.
- Pamiętaj co ci powiedziałem Melanie. Wyduś wszystko z siebie i pogódź się ze stratą. Tak jest łatwiej.
Wstałem i wyszedłem z jej pokoju. Po chwili ściągnąłem z siebie fartuch i pobiegłem szukać Ross. Znalazłem ją w pokoju pełnym lekarzy. Wszedłem do środka jak gdyby nigdy nic, powiedziałem do nich "Nigdy nas tu nie widzieliście" po czym chwyciłem Rosalin za rękę i wybiegliśmy ze szpitala.
- Masz to, po co przyszedłeś? - wyspała.
- Owszem, skarbeńku. A teraz wskakuj do samochodu. Blaze jest wystarczająco zbyt długo sam w domu.
Dziewczyna bez protestów usiadła na miejscu pasażera. Wsiadłem do auta i szybko odjechałem. Było tak, jak gdyby nas nie było.
Rosalin?
sobota, 7 listopada 2015
Od Rosalin Cd. Killiana
Blaze od rana był niespokojny. Skakał po mnie i piszczal jak popieprzony.
- Już wstaję słodziaku - mruknęłam, zerkając na budzik. Było po ósmej. Usiadłam na łóżku i syknęłam głośno, czując ból w ramieniu. - Co jest kurde? - Spojrzałam na rękę, by zobaczyć świeży, biały bandaż. Wczoraj jeszcze tego nie było... Jeśli zrobił by to Blaze, to nie było by opatrunku. Wściekła zerwałam się na nogi, wychodząc z pokoju. Trzasnęłam drzwiami, wychodząc na korytarz. Szczeniak na szczęście wolał zostać w mojej pościeli. Po drodze odwiedziłam kuchnię, by zabrać kostkę lodu z zamrażalnika i jajko. Najciszej jak mogłam, weszłam do sypialni chłopaka. Była z dwa razy większa niż moja i bardziej przytulna. Na środku stało dwuosobowe łóżko a w nim, cicho chrapał Kill. Przeszłam do niego po mięciutkim dywaniku. Tak pięknie leżał odkryty, tylko w samych spodenkach... Idealnie.Odłożyłam jajko, by mieć wolne obie ręce.
- Killian... - zamruczałam, kierując drugą dłoń w stronę jego spodenek. Zemsta jest słodka.
- Ross? - Spytał zaspanym głosem. W tym momencie wrzuciłam mu lód do spodni. Kiedy krzyknął, wyskakując jak oparzony z pościeli, rozbiłam mu jajko na głowie. - Co do kurwy nędzy?!
- Mogłabym się ciebie spytać o to samo! - krzyknęłam, pokazując opatrunek na ramieniu. - Od kiedy to spuszczasz ze mnie krew w nocy? Nikt nie nauczył cię prywatności zboczeńcu?
- To ty mi wrzuciłaś lód do gaci - zauważył wściekły, skacząc na jednej nodze.
- A ty postanowiłeś pobrać mi krew. W środku nocy! A jakbym spała nago? - Splotłam ręce na piersi. Chłopak zmierzył mnie takim spojrzeniem, że spiekłam buraka. - Zapomnij i nigdy więcej tego nie rób. Jak jeszcze raz wejdziesz do mojego pokoju bez mojej wiedzy i zgody, to nauczę Blaze'a by gryzł cię w tyłek na zawołanie - zagroziłam, wychodząc do salonu. Zjadłam już połowę kanapki, kiedy czarnowłosy wyszedł. Wstałam od stołu, idąc do siebie.
- Przejdę się do Mike'a, zobaczyć czy żyje. Wezmę ze sobą Blaze'a. Zaraz dostanie nerwicy w tym domu - zauważyłam, patrząc na wesołego szczeniaka.
- Kiedy wrócisz skarbusiu?
- Za trzy godziny - strzeliłam. - Kupić coś po drodze?
- Jajka, bo chyba zużyłaś ostatnie - mruknął Kill, wyrzucając skorupki do kosza. Prychnęłam jedynie, znikając w swoim pokoju. Przebrałam się, zapięłam szczeniaka w smycz i wyszłam.
***
. U Mike'a wszystko okej. Przynajmniej fizycznie. Psychicznie niezbyt dawał sobie radę, ale wyjdzie z tego. Niedługo sprzedaje mieszkanie, więc dostanę swoją część kasy. Oprócz tego znowu byłam z Blaze'm u weterynarza, by go zaszczepić.
- Trzeba uważać z nim. Ta rasa bardzo lubi dominować - mężczyzna spojrzał na mnie niepewnie.
- Niech się pan nie boi. Mój współlokator nie daje sobie wejść na głowę - uśmiechnęłam się lekko i wyszłam.
Wróciłam do mieszkania wcześniej. Panowała dziwna, niepokojąca cisza... Ostrożnie wpuściłam szczeniaka do swojego pokoju, dałam mu jedzenie i wodę oraz pluszaka do gryzienia. Z duszą na ramieniu zaczęłam chodzić po całym mieszkaniu. Drzwi od gabinety Killiana były otwarte. Zazwyczaj mężczyzna zamykał je na klucz, ana samym początku mojej bytności u niego, surowo ostrzegł mnie przed wchodzeniem tam. Ale w sumie... Czego oczy nie widzą, tego serce nie zaboli. Weszłam do środka, rozglądając się dookoła. Od razu w oczy rzuciło mi się otwarte przejście w ścianie. Zacmokałam cicho, zerkając do środka. Na samym dole schodów coś się świeciło. Na dodatek to światło przybliżało się coraz bardziej. Uciekłam, zanim postać Killiana wyszła zza zakrętu. W ostatniej chwili wbiegłam do kuchni.
- Jesteś już skarbusiu? - Spytał niespokojnie Kill.
- Jestem. Przed chwilą wróciłam. I kupiłam jajka - starałam się mówić jak najobojętniej, by ukryć rosnącą ciekawość. Mężczyzna przyglądał mi się przez chwilę, jednak uśmiechnął się.
- No i dobrze.
- Możesz mi wytłumaczyć, czemu mnie pociąłeś? - Spytałam ostrożnie, chwytając kubek z półki.
- Kiedyś zobaczysz skarbeńku. Ale jeszcze nie teraz - odpowiedział tajemniczo i wyszedł. Muszę dowiedzieć się, co przede mną ukrył...
***
Budzik zawibrował, wybudzając mnie ze snu. Wyłączyłam go czym prędzej, patrząc w napięciu na Blaze'a. Szczeniak mlasnął jedynie, machając ogonem przez sen. Ciekawe co mu się śni. Z poduszek i koca ułożyłam coś na kształt człowieka, po czym przykryłam to kołdrą. Wyglądało całkiem realistycznie jeśli nikt się nie będzie zbyt długo przyglądał. Ubrałam miękkie skarpetki i wyszłam z pokoju. W mieszkaniu było cicho. Przeszłam do gabinetu Killiana, licząc, że go tam nie będzie. Ku mojemu zdziwieniu, tajne przejście było znowu otwarte. Tylko przez chwilę zastanawiałam się, czy nie wrócić do łózka. Weszłam przez przejście na schody i zeszłam na dół. Po kilku stopniach zauważyłam zakręt a za nim klaustrofobiczne pomieszczenie. Było strasznie małe, oświetlone jedynie przez niewielką lampę na stoliku. W pokoju był Killian oraz jakiś mężczyzna, przykuty łańcuchem do ściany.
- Gadaj! Co jest następne? - warknął czarnowłosy, pochylając się nad staruszkiem. Ten splunął
na niego z satysfakcją na twarzy.
- Nigdy ci nie powiem. Po moim pieprzonym trupie - warknął więzień, szarpiąc łańcuch. W tym momencie Kill wbił mu nóż w nogę. Zasłoniłam ust ręką, by nie krzyknąć.Nawet jeśli, to zostałabym zagłuszona przez wrzask staruszka. Killian rzucił mu jakiś stary bandaż, wyjmując ostrze z jego ciała.
- Znaj moją dobroć - prychnął, czyszcząc nóż. Po chwili chwycił lampę i ruszył w stronę schodów. Najszybciej jak umiałam, wybiegłam na górę, do gabinetu. Rozejrzałam się panicznie dookoła, wskakując za biurko. Killian wyszedł, od razu gasząc lampę i wychodząc z pokoju. Przejście zamknęło się same, czemu towarzyszył cichy klik. Odetchnęłam z ulgą próbując uspokoić bicie serca. Wstałam, kierując się do tajemniczej ściany. Zaczęłam ją dokładnie macać, aż znalazłam ukryty przycisk. Wrota otworzyły się na nowo, pokazując ciemne schody. Po chwili macania znalazłam pudełko zapałek oraz lampę. Podpaliłam ją i rozpoczęłam wędrówkę w dół.
-Czego jeszcze chcesz popaprańcu? - warknął staruszek. Na mój widok otworzył szeroko oczy, a bandaż wypadł mu z rąk. - Co ty tu robisz? - Spytał, robiąc się strasznie blady.
- Kim jesteś? - zmarszczyłam brwi.
- Musisz stąd uciekać jasne? Ten facet to szaleniec!
- Co? Wytłumacz mi wszystko - przykucnęłam, zabierając mu bandaż z dłoni. Zaczęłam powoli owijać ranę zadaną nożem.
- Tak, tak... Dobrze. Spróbuję to opowiedzieć najkrócej jak mogę. Więc tak. Killian jest jednym z pierwszych Herosów, jacy odeszli. On widział tyle rzeczy, że jego mózg nie wytrzymał. Zwariował i dostał manii wielkości. Szuka księgi, dzięki której będzie niepokonany. Chce zmienić ten świat i ustanowić własne reguły. Nie możesz mu na to pozwolić!
- Jeśli powiesz mi gdzie jest księga, to zdobędę ją pierwsza - zauważyłam, zawiązując opatrunek. Starzec ze smutkiem pokręcił głową.
- Nie mogę. Nałożono na mnie czar. Jeśli tylko będę chciał podać miejsce jej ukrycia, to milkę albo zapominam i pamiętam dopiero po kilku godzinach.Nie mogę tego nawet zapisać. Killian próbuje ściągnąć ten czar. Widzę, że już zaczął - lekko dotknął mojego ramienia. - Jesteś dziewicą prawda?
- Co? - Zrobiłam się czerwona na twarzy.
- Jeśli złamiesz czar jako pierwsza, możesz być o krok przed nim. Krew dziewicy jest pierwszym składnikiem.
- To dlatego mnie zaciął - mruknęłam, kiwając głową. - Wolę nie wiedzieć, skąd to wiedział - poczułam jak policzki robią mi się gorące. - Jaki jest następny składnik? Z krwią nie będzie problemu - mruknęłam.
- Łzy matki, która straciła dziecko - wychrypiał staruszek. - Jednak jeśli chcesz zebrać większość składników potrzebujesz drugiego z bliźniaczych sztyletów. Jeden z nich ma oczywiście Killian. Drugi ma mój znajomy - Stefano. Jest w tym mieście. Musisz go znaleźć i wszystko wyjaśnić.
- A jeśli mi nie uwierzy?
-Powiedz, że orzechy zbiera się jesienią. To takie nasze hasło - wyjaśnił mężczyzna. - Uważaj na siebie. On jest nieobliczalny.
- Dziękuję. Trzymaj się. Pierwsza zdobędę te składniki - szepnęłam, wstając z klęczek i z trudem prostując obolałe nogi.
- Musisz to zrobić. Inaczej wszystko się zmieni - staruszek odprowadził mnie tymi słowami. Najciszej jak mogłam wyszłam do gabinetu, gasząc po drodze lampę i odstawiając ją na miejsce. Poszłam do swojego pokoju, czując nieprzyjemny ścisk w żołądku. Co tu się dzieje?
***
Następnego ranka obudziło mnie ciche pukanie do drzwi.
- Wejść! - Zawołałam zamroczona, podnosząc głowę znad poduszki. Do środka pokoju wszedł Killian. Wyglądał jakby przed chwilą wstał. - Tak? Musisz mi przerywać sen? - Mruknęłam, głaszcząc ze pokojem szczeniaka.
Kill?
- Już wstaję słodziaku - mruknęłam, zerkając na budzik. Było po ósmej. Usiadłam na łóżku i syknęłam głośno, czując ból w ramieniu. - Co jest kurde? - Spojrzałam na rękę, by zobaczyć świeży, biały bandaż. Wczoraj jeszcze tego nie było... Jeśli zrobił by to Blaze, to nie było by opatrunku. Wściekła zerwałam się na nogi, wychodząc z pokoju. Trzasnęłam drzwiami, wychodząc na korytarz. Szczeniak na szczęście wolał zostać w mojej pościeli. Po drodze odwiedziłam kuchnię, by zabrać kostkę lodu z zamrażalnika i jajko. Najciszej jak mogłam, weszłam do sypialni chłopaka. Była z dwa razy większa niż moja i bardziej przytulna. Na środku stało dwuosobowe łóżko a w nim, cicho chrapał Kill. Przeszłam do niego po mięciutkim dywaniku. Tak pięknie leżał odkryty, tylko w samych spodenkach... Idealnie.Odłożyłam jajko, by mieć wolne obie ręce.
- Killian... - zamruczałam, kierując drugą dłoń w stronę jego spodenek. Zemsta jest słodka.
- Ross? - Spytał zaspanym głosem. W tym momencie wrzuciłam mu lód do spodni. Kiedy krzyknął, wyskakując jak oparzony z pościeli, rozbiłam mu jajko na głowie. - Co do kurwy nędzy?!
- Mogłabym się ciebie spytać o to samo! - krzyknęłam, pokazując opatrunek na ramieniu. - Od kiedy to spuszczasz ze mnie krew w nocy? Nikt nie nauczył cię prywatności zboczeńcu?
- To ty mi wrzuciłaś lód do gaci - zauważył wściekły, skacząc na jednej nodze.
- A ty postanowiłeś pobrać mi krew. W środku nocy! A jakbym spała nago? - Splotłam ręce na piersi. Chłopak zmierzył mnie takim spojrzeniem, że spiekłam buraka. - Zapomnij i nigdy więcej tego nie rób. Jak jeszcze raz wejdziesz do mojego pokoju bez mojej wiedzy i zgody, to nauczę Blaze'a by gryzł cię w tyłek na zawołanie - zagroziłam, wychodząc do salonu. Zjadłam już połowę kanapki, kiedy czarnowłosy wyszedł. Wstałam od stołu, idąc do siebie.
- Przejdę się do Mike'a, zobaczyć czy żyje. Wezmę ze sobą Blaze'a. Zaraz dostanie nerwicy w tym domu - zauważyłam, patrząc na wesołego szczeniaka.
- Kiedy wrócisz skarbusiu?
- Za trzy godziny - strzeliłam. - Kupić coś po drodze?
- Jajka, bo chyba zużyłaś ostatnie - mruknął Kill, wyrzucając skorupki do kosza. Prychnęłam jedynie, znikając w swoim pokoju. Przebrałam się, zapięłam szczeniaka w smycz i wyszłam.
***
. U Mike'a wszystko okej. Przynajmniej fizycznie. Psychicznie niezbyt dawał sobie radę, ale wyjdzie z tego. Niedługo sprzedaje mieszkanie, więc dostanę swoją część kasy. Oprócz tego znowu byłam z Blaze'm u weterynarza, by go zaszczepić.
- Trzeba uważać z nim. Ta rasa bardzo lubi dominować - mężczyzna spojrzał na mnie niepewnie.
- Niech się pan nie boi. Mój współlokator nie daje sobie wejść na głowę - uśmiechnęłam się lekko i wyszłam.
Wróciłam do mieszkania wcześniej. Panowała dziwna, niepokojąca cisza... Ostrożnie wpuściłam szczeniaka do swojego pokoju, dałam mu jedzenie i wodę oraz pluszaka do gryzienia. Z duszą na ramieniu zaczęłam chodzić po całym mieszkaniu. Drzwi od gabinety Killiana były otwarte. Zazwyczaj mężczyzna zamykał je na klucz, ana samym początku mojej bytności u niego, surowo ostrzegł mnie przed wchodzeniem tam. Ale w sumie... Czego oczy nie widzą, tego serce nie zaboli. Weszłam do środka, rozglądając się dookoła. Od razu w oczy rzuciło mi się otwarte przejście w ścianie. Zacmokałam cicho, zerkając do środka. Na samym dole schodów coś się świeciło. Na dodatek to światło przybliżało się coraz bardziej. Uciekłam, zanim postać Killiana wyszła zza zakrętu. W ostatniej chwili wbiegłam do kuchni.
- Jesteś już skarbusiu? - Spytał niespokojnie Kill.
- Jestem. Przed chwilą wróciłam. I kupiłam jajka - starałam się mówić jak najobojętniej, by ukryć rosnącą ciekawość. Mężczyzna przyglądał mi się przez chwilę, jednak uśmiechnął się.
- No i dobrze.
- Możesz mi wytłumaczyć, czemu mnie pociąłeś? - Spytałam ostrożnie, chwytając kubek z półki.
- Kiedyś zobaczysz skarbeńku. Ale jeszcze nie teraz - odpowiedział tajemniczo i wyszedł. Muszę dowiedzieć się, co przede mną ukrył...
***
Budzik zawibrował, wybudzając mnie ze snu. Wyłączyłam go czym prędzej, patrząc w napięciu na Blaze'a. Szczeniak mlasnął jedynie, machając ogonem przez sen. Ciekawe co mu się śni. Z poduszek i koca ułożyłam coś na kształt człowieka, po czym przykryłam to kołdrą. Wyglądało całkiem realistycznie jeśli nikt się nie będzie zbyt długo przyglądał. Ubrałam miękkie skarpetki i wyszłam z pokoju. W mieszkaniu było cicho. Przeszłam do gabinetu Killiana, licząc, że go tam nie będzie. Ku mojemu zdziwieniu, tajne przejście było znowu otwarte. Tylko przez chwilę zastanawiałam się, czy nie wrócić do łózka. Weszłam przez przejście na schody i zeszłam na dół. Po kilku stopniach zauważyłam zakręt a za nim klaustrofobiczne pomieszczenie. Było strasznie małe, oświetlone jedynie przez niewielką lampę na stoliku. W pokoju był Killian oraz jakiś mężczyzna, przykuty łańcuchem do ściany.
- Gadaj! Co jest następne? - warknął czarnowłosy, pochylając się nad staruszkiem. Ten splunął
na niego z satysfakcją na twarzy.
- Nigdy ci nie powiem. Po moim pieprzonym trupie - warknął więzień, szarpiąc łańcuch. W tym momencie Kill wbił mu nóż w nogę. Zasłoniłam ust ręką, by nie krzyknąć.Nawet jeśli, to zostałabym zagłuszona przez wrzask staruszka. Killian rzucił mu jakiś stary bandaż, wyjmując ostrze z jego ciała.
- Znaj moją dobroć - prychnął, czyszcząc nóż. Po chwili chwycił lampę i ruszył w stronę schodów. Najszybciej jak umiałam, wybiegłam na górę, do gabinetu. Rozejrzałam się panicznie dookoła, wskakując za biurko. Killian wyszedł, od razu gasząc lampę i wychodząc z pokoju. Przejście zamknęło się same, czemu towarzyszył cichy klik. Odetchnęłam z ulgą próbując uspokoić bicie serca. Wstałam, kierując się do tajemniczej ściany. Zaczęłam ją dokładnie macać, aż znalazłam ukryty przycisk. Wrota otworzyły się na nowo, pokazując ciemne schody. Po chwili macania znalazłam pudełko zapałek oraz lampę. Podpaliłam ją i rozpoczęłam wędrówkę w dół.
-Czego jeszcze chcesz popaprańcu? - warknął staruszek. Na mój widok otworzył szeroko oczy, a bandaż wypadł mu z rąk. - Co ty tu robisz? - Spytał, robiąc się strasznie blady.
- Kim jesteś? - zmarszczyłam brwi.
- Musisz stąd uciekać jasne? Ten facet to szaleniec!
- Co? Wytłumacz mi wszystko - przykucnęłam, zabierając mu bandaż z dłoni. Zaczęłam powoli owijać ranę zadaną nożem.
- Tak, tak... Dobrze. Spróbuję to opowiedzieć najkrócej jak mogę. Więc tak. Killian jest jednym z pierwszych Herosów, jacy odeszli. On widział tyle rzeczy, że jego mózg nie wytrzymał. Zwariował i dostał manii wielkości. Szuka księgi, dzięki której będzie niepokonany. Chce zmienić ten świat i ustanowić własne reguły. Nie możesz mu na to pozwolić!
- Jeśli powiesz mi gdzie jest księga, to zdobędę ją pierwsza - zauważyłam, zawiązując opatrunek. Starzec ze smutkiem pokręcił głową.
- Nie mogę. Nałożono na mnie czar. Jeśli tylko będę chciał podać miejsce jej ukrycia, to milkę albo zapominam i pamiętam dopiero po kilku godzinach.Nie mogę tego nawet zapisać. Killian próbuje ściągnąć ten czar. Widzę, że już zaczął - lekko dotknął mojego ramienia. - Jesteś dziewicą prawda?
- Co? - Zrobiłam się czerwona na twarzy.
- Jeśli złamiesz czar jako pierwsza, możesz być o krok przed nim. Krew dziewicy jest pierwszym składnikiem.
- To dlatego mnie zaciął - mruknęłam, kiwając głową. - Wolę nie wiedzieć, skąd to wiedział - poczułam jak policzki robią mi się gorące. - Jaki jest następny składnik? Z krwią nie będzie problemu - mruknęłam.
- Łzy matki, która straciła dziecko - wychrypiał staruszek. - Jednak jeśli chcesz zebrać większość składników potrzebujesz drugiego z bliźniaczych sztyletów. Jeden z nich ma oczywiście Killian. Drugi ma mój znajomy - Stefano. Jest w tym mieście. Musisz go znaleźć i wszystko wyjaśnić.
- A jeśli mi nie uwierzy?
-Powiedz, że orzechy zbiera się jesienią. To takie nasze hasło - wyjaśnił mężczyzna. - Uważaj na siebie. On jest nieobliczalny.
- Dziękuję. Trzymaj się. Pierwsza zdobędę te składniki - szepnęłam, wstając z klęczek i z trudem prostując obolałe nogi.
- Musisz to zrobić. Inaczej wszystko się zmieni - staruszek odprowadził mnie tymi słowami. Najciszej jak mogłam wyszłam do gabinetu, gasząc po drodze lampę i odstawiając ją na miejsce. Poszłam do swojego pokoju, czując nieprzyjemny ścisk w żołądku. Co tu się dzieje?
***
Następnego ranka obudziło mnie ciche pukanie do drzwi.
- Wejść! - Zawołałam zamroczona, podnosząc głowę znad poduszki. Do środka pokoju wszedł Killian. Wyglądał jakby przed chwilą wstał. - Tak? Musisz mi przerywać sen? - Mruknęłam, głaszcząc ze pokojem szczeniaka.
Kill?
Od Killiana Cd Rosalin
Siedziałem w salonie jeszcze przez chwilę. Upewniwszy się, że Rosalin śpi, poszedłem do gabinetu. Otworzyłem jedną z szuflad komody. Odsunąłem na bok stare i niepotrzebne już dokumenty. Wyciągnąłem stamtąd czarną torbę zdobytą wczoraj. Przewiesiłem ją przez ramię. Powolnym krokiem podszedłem do ściany na której był malunek lasu z sarnami i jeleniami w tle na rzeką. Wyciągnąłem rękę i nacisnąłem poroże jednego z jeleni. Ściana odsunęła się ukazując ciemność. Zapaliłem zapałkę i wszedłem do środka. Drzwi zamknęły się za mną. Po prawej stronie, we wgłębieniu była lampa naftowa. Zapaliłem ją i chwyciłem schodząc na dół po schodach. Usłyszałem szelest łańcuchów. Uśmiechnąłem się do siebie.
- Nie uwolnisz się od tego, mój przyjacielu - powiedziałem gdy byłem już na samym dole. Pomieszczenie było małe, wręcz klaustrofobiczne. I nie było tam prawie nic oprócz starego, rozpadającego się stolika i starszego mężczyzny przywiązanego łańcucha.
- Ale też ci nic nie powiem - wychrypiał.
Skrzywiłem się.
- Myślę, że zmienisz zdanie - odparłem i wyciągnąłem z czarnej torby sztylet. Oczy mężczyzny momentalnie się rozszerzyły.
- Skąd to masz?!
- Znam się trochę na językach obcych, wiesz? Znam też sporo ludzi, którzy z wielką chęcią mi pomogli. Ale ktoś i tak musiał ucierpieć. Zawsze ktoś cierpi.
- Cz-czego chcesz?
Zacząłem bawić się sztyletem.
- Niektóre słowa były dla mnie niezrozumiałe - powiedziałem. - Wiem, że pierwszy składnik to krew. Lecz teraz moje pytanie brzmi... Jaka to ma być krew?
Usta mężczyzny otworzyły się.
- Zanim jedna coś powiesz to wiedz, że już nie możesz być takim kozakiem.
Cisza.
- Więc? - spytałem. - Pamiętaj, że moja cierpliwość się kończy. Jeśli nie dostanę odpowiedzi...
- Krew dziewicy - wydusił. - To jest pierwszy składnik.
Spojrzałem na niego.
- Gdzie ja ci, kurwa, znajdę krew dziewicy?
- Ta dziewczyna, która u ciebie mieszka - zaczął z niesmakiem. - Ona się nada.
Zamyśliłem się na chwilę.
- Dobra robota. No nic, nie mam pretekstu by ci cokolwiek zrobić.Ale uważaj, Nathanielu. Inaczej nie ty zapłacisz, a twój młodszy brat Henry.
Nathaniel zaczął się rzucać. Wyszedłem z pokoju obłąkańczo się śmiejąc.
***
Otworzyłem drzwi tak cicho jak tylko umiałem. Mimo to, Blaze i tak podniósł głowę. Już miał zacząć piszczeć, ale ja byłem szybszy.
- Spij i zapomnij o tym - powiedziałem cicho.
Pies skrzywił głową, ale położył się ponownie i zapadł w sen.
- Wybacz, skarbusiu, ale trzeba być gotowym do poświęceń.
Podszedłem do dziewczyny. Zrobiłem jej płytkie cięcie sztyletem. Krew zaczęła kapać najpierw do małej fiolki, a później na sztylet. Ten zaczął mienić się dziwną poświatą po czym zgasł. Rosalin dalej spała.
- Jak można mieć tak twardy sen? - mruknąłem mocząc jej ranę wacikiem i owijając bandażem. - Spij spokojnie, Ross. I nie zdziw się kiedy to zobaczysz, dobrze? To nic takiego. Och, i nie martw się kotku. Za niedługo nie będziesz dziewicą.
Schowałem fiolkę do kieszeni, a sztylet to torby. Wyszedłem z pokoju dziewczyny. Pochowałem wszystko w swoim gabinecie, po czym poszedłem do swojego pokoju i położyłem się jak gdyby nigdy nic.
Rosalin?
- Nie uwolnisz się od tego, mój przyjacielu - powiedziałem gdy byłem już na samym dole. Pomieszczenie było małe, wręcz klaustrofobiczne. I nie było tam prawie nic oprócz starego, rozpadającego się stolika i starszego mężczyzny przywiązanego łańcucha.
- Ale też ci nic nie powiem - wychrypiał.
Skrzywiłem się.
- Myślę, że zmienisz zdanie - odparłem i wyciągnąłem z czarnej torby sztylet. Oczy mężczyzny momentalnie się rozszerzyły.
- Skąd to masz?!
- Znam się trochę na językach obcych, wiesz? Znam też sporo ludzi, którzy z wielką chęcią mi pomogli. Ale ktoś i tak musiał ucierpieć. Zawsze ktoś cierpi.
- Cz-czego chcesz?
Zacząłem bawić się sztyletem.
- Niektóre słowa były dla mnie niezrozumiałe - powiedziałem. - Wiem, że pierwszy składnik to krew. Lecz teraz moje pytanie brzmi... Jaka to ma być krew?
Usta mężczyzny otworzyły się.
- Zanim jedna coś powiesz to wiedz, że już nie możesz być takim kozakiem.
Cisza.
- Więc? - spytałem. - Pamiętaj, że moja cierpliwość się kończy. Jeśli nie dostanę odpowiedzi...
- Krew dziewicy - wydusił. - To jest pierwszy składnik.
Spojrzałem na niego.
- Gdzie ja ci, kurwa, znajdę krew dziewicy?
- Ta dziewczyna, która u ciebie mieszka - zaczął z niesmakiem. - Ona się nada.
Zamyśliłem się na chwilę.
- Dobra robota. No nic, nie mam pretekstu by ci cokolwiek zrobić.Ale uważaj, Nathanielu. Inaczej nie ty zapłacisz, a twój młodszy brat Henry.
Nathaniel zaczął się rzucać. Wyszedłem z pokoju obłąkańczo się śmiejąc.
***
Otworzyłem drzwi tak cicho jak tylko umiałem. Mimo to, Blaze i tak podniósł głowę. Już miał zacząć piszczeć, ale ja byłem szybszy.
- Spij i zapomnij o tym - powiedziałem cicho.
Pies skrzywił głową, ale położył się ponownie i zapadł w sen.
- Wybacz, skarbusiu, ale trzeba być gotowym do poświęceń.
Podszedłem do dziewczyny. Zrobiłem jej płytkie cięcie sztyletem. Krew zaczęła kapać najpierw do małej fiolki, a później na sztylet. Ten zaczął mienić się dziwną poświatą po czym zgasł. Rosalin dalej spała.
- Jak można mieć tak twardy sen? - mruknąłem mocząc jej ranę wacikiem i owijając bandażem. - Spij spokojnie, Ross. I nie zdziw się kiedy to zobaczysz, dobrze? To nic takiego. Och, i nie martw się kotku. Za niedługo nie będziesz dziewicą.
Schowałem fiolkę do kieszeni, a sztylet to torby. Wyszedłem z pokoju dziewczyny. Pochowałem wszystko w swoim gabinecie, po czym poszedłem do swojego pokoju i położyłem się jak gdyby nigdy nic.
Rosalin?
czwartek, 5 listopada 2015
Od Rosalin Cd. Killiana
Przystanęłam za drzwiami. Zmarszczyłam brwi, patrząc za siebie. Boru... Zachowuję się jak jakiś zgredek, przywiązany do swojego pana. Zeszłam po schodach i udałam się do najbliższego sklepu zoologicznego. Z pomocą dziwnie miłej dziewczyny, znalazłam wszystko to, czego potrzebowałam. Oczywiście oprócz maści. Przeleciałam z pół dzielnicy, by w końcu ją znaleźć. Okazała się zdziersko droga, ale podobno warto. Przynajmniej według starego, zgrzybiałego aptekarza. Zziajana wczłapałam się na ostatnie piętro budynku.
- Mogliby zamontować tu windę - wydyszałam, otwierając drzwi.
- Przynajmniej wyrobisz sobie kondycję skarbusiu - Killian zmierzył mnie krytycznym spojrzeniem. - Nie zaszkodziłabyś sobie, gdybyś trochę poćwiczyła.
- Dzięki - prychnęłam, odkładając worek z karmą. - Gdzie Blaze? - Spytałam, rozglądając się dookoła.
- W łazience,czeka na kąpiel skarbusiu. Jak widzisz, póki co, mam pracę - wskazał na dokumenty przed nim - więc mycie tego diabła zostawiam tobie. Uważaj, bo gryzie. Dałem mu jedzenie, kiedy cię nie było.
- Jakbyś usłyszał dramatyczne krzyki, to możesz przyjść, albo wzywać pogotowie - zrzuciłam kurtkę i z szamponem na pchły, weszłam do łazienki. Psina siedziała na jednym z trzech okrągłych, puchatych dywaników. Na widok otwartych drzwi zerwała się do biegu, jednak poślizgnęła się na kafelkach. Przejechała kilkadziesiąt centymetrów, po czym się zatrzymała. Mimo głośnych protestów wzięłam ją na ręce i wsadziłam do wanny. Rozpoczęło się mordobicie. Blaze szczekał jakby obdzierano go żywcem ze skóry. Z trudem udało mi się spłukać szampon. Po wszytskim wypuściłam jeszcze mokrego psa i zaczęłam wycierać łazienkę.
- Żyjesz skarbusiu? - Spytał Killian, patrząc na pobojowisko. -- Blaze wyszedł, ale ty już nie. Polazł do kuchni.
- Nie ugryzł mnie - mruknęłam. - Śpi u ciebie.
- Śpi tam, gdzie sobie wybierze. Zostaw to już. Późno jest. Podłoga sama wyschnie - czarnowłosy ziewnął szeroko.
- Nie ma jeszcze dwunastej - zauważyłam, marszcząc brwi.
- Cały dzień łaziłaś po mieście. Na pewno się zmęczyłaś.
- W sumie... zastanowiłam się. - Dobranoc - rzuciłam mokrą ścierkę na ziemię i poszłam do swojego pokoju. Blaze leżał zwinięty w kłębek na mniejszej z dwóch białych poduszek. Uśmiechnęłam się na ten widok, kładąc się obok. Zasnęłam,uśpiona jego monotonnym oddechem.
Kill?
- Mogliby zamontować tu windę - wydyszałam, otwierając drzwi.
- Przynajmniej wyrobisz sobie kondycję skarbusiu - Killian zmierzył mnie krytycznym spojrzeniem. - Nie zaszkodziłabyś sobie, gdybyś trochę poćwiczyła.
- Dzięki - prychnęłam, odkładając worek z karmą. - Gdzie Blaze? - Spytałam, rozglądając się dookoła.
- W łazience,czeka na kąpiel skarbusiu. Jak widzisz, póki co, mam pracę - wskazał na dokumenty przed nim - więc mycie tego diabła zostawiam tobie. Uważaj, bo gryzie. Dałem mu jedzenie, kiedy cię nie było.
- Jakbyś usłyszał dramatyczne krzyki, to możesz przyjść, albo wzywać pogotowie - zrzuciłam kurtkę i z szamponem na pchły, weszłam do łazienki. Psina siedziała na jednym z trzech okrągłych, puchatych dywaników. Na widok otwartych drzwi zerwała się do biegu, jednak poślizgnęła się na kafelkach. Przejechała kilkadziesiąt centymetrów, po czym się zatrzymała. Mimo głośnych protestów wzięłam ją na ręce i wsadziłam do wanny. Rozpoczęło się mordobicie. Blaze szczekał jakby obdzierano go żywcem ze skóry. Z trudem udało mi się spłukać szampon. Po wszytskim wypuściłam jeszcze mokrego psa i zaczęłam wycierać łazienkę.
- Żyjesz skarbusiu? - Spytał Killian, patrząc na pobojowisko. -- Blaze wyszedł, ale ty już nie. Polazł do kuchni.
- Nie ugryzł mnie - mruknęłam. - Śpi u ciebie.
- Śpi tam, gdzie sobie wybierze. Zostaw to już. Późno jest. Podłoga sama wyschnie - czarnowłosy ziewnął szeroko.
- Nie ma jeszcze dwunastej - zauważyłam, marszcząc brwi.
- Cały dzień łaziłaś po mieście. Na pewno się zmęczyłaś.
- W sumie... zastanowiłam się. - Dobranoc - rzuciłam mokrą ścierkę na ziemię i poszłam do swojego pokoju. Blaze leżał zwinięty w kłębek na mniejszej z dwóch białych poduszek. Uśmiechnęłam się na ten widok, kładąc się obok. Zasnęłam,uśpiona jego monotonnym oddechem.
Kill?
Od Killiana Cd. Rosalin
Westchnąłem.
- Gdzie go znalazłaś? - spytałem.
- Kosz na śmieci się przewrócił. Zauważyłam jak w worku się coś rusza. Odwiązałam supeł i znalazłam jego - pokazała na małego psa. - Poszłam z nim do weterynarza.
Przetarłem oczy ręką.
- I byłaś tam cały dzień?
- Nie, kurwa! Poszłam tam, ale jako, że nikogo nie było stwierdziłam "pierdole nie robię" i sobie poszłam.
- Jak go nazwiemy?
Rosalin patrzyła na mnie przez chwilę.
- Co? - zapytała.
- Jak go nazwiemy? Zawsze chciałem mieć psa, mówiłem ci przecież.
- Ym... - dziewczyna zmieszała się.
Machnąłem ręką.
- Później się tym zajmiemy. Co powiedział weterynarz?
- Że to samiec. Ale rasy nie mógł w pełni zidentyfikować. Powiedział, że prawdopodobnie to wilczak czechosłowacki, ale mógł się mylić. I zalecił mi bym mu kupiła kilka maści i żeby go myć, bo ma pchły.
Skinąłem głową. Szczeniak zaczął piszczeć.
- Postaw go na ziemi - poleciłem Ross. Dziewczyna zrobiła to. Wyciągnąłem z kieszeni 100 dolarowy banknot i podałem jej. - Leć do sklepu po coś do jedzenia, obrożę i te maśći. I nie martw się, skarbusiu. Blaze jest w dobrych rękach.
Rosalin zmarszczyła brwi.
- Blaze? - spytała.
- Ktoś musiał mu wymyślić imię, nie? - uśmiechnąłem się do niej. - Leć!
Dziewczyna wyszła szybko z pokoju. Usłyszałem jak zatrzaskuje drzwi.
Rosalin?
- Gdzie go znalazłaś? - spytałem.
- Kosz na śmieci się przewrócił. Zauważyłam jak w worku się coś rusza. Odwiązałam supeł i znalazłam jego - pokazała na małego psa. - Poszłam z nim do weterynarza.
Przetarłem oczy ręką.
- I byłaś tam cały dzień?
- Nie, kurwa! Poszłam tam, ale jako, że nikogo nie było stwierdziłam "pierdole nie robię" i sobie poszłam.
- Jak go nazwiemy?
Rosalin patrzyła na mnie przez chwilę.
- Co? - zapytała.
- Jak go nazwiemy? Zawsze chciałem mieć psa, mówiłem ci przecież.
- Ym... - dziewczyna zmieszała się.
Machnąłem ręką.
- Później się tym zajmiemy. Co powiedział weterynarz?
- Że to samiec. Ale rasy nie mógł w pełni zidentyfikować. Powiedział, że prawdopodobnie to wilczak czechosłowacki, ale mógł się mylić. I zalecił mi bym mu kupiła kilka maści i żeby go myć, bo ma pchły.
Skinąłem głową. Szczeniak zaczął piszczeć.
- Postaw go na ziemi - poleciłem Ross. Dziewczyna zrobiła to. Wyciągnąłem z kieszeni 100 dolarowy banknot i podałem jej. - Leć do sklepu po coś do jedzenia, obrożę i te maśći. I nie martw się, skarbusiu. Blaze jest w dobrych rękach.
Rosalin zmarszczyła brwi.
- Blaze? - spytała.
- Ktoś musiał mu wymyślić imię, nie? - uśmiechnąłem się do niej. - Leć!
Dziewczyna wyszła szybko z pokoju. Usłyszałem jak zatrzaskuje drzwi.
Rosalin?
środa, 4 listopada 2015
Od Rosalin Cd. Killiana
- No zajebiście - mruknęłam, patrząc jak Killian odchodzi. - Jest zimno, a stoję na dworze i jeszcze wyglądam jak dziwka. Nie chcę tak umrzeć - powiedziałam sama do siebie, poprawiając sukienkę. Patrzyłam ze spokojem jak mój oddech zamienia się w obłoczki pary. Ciekawe czy Mike zamknął okno w mieszkaniu...?
- Piękny wieczór prawda? - Spytał jakiś mężczyzna, pojawiając się obok. Podskoczyłam, patrząc na jego niezwykle piękną twarz. Blada skóra, lekko wystające kości policzkowe, zielone oczy i kruczoczarne włosy, zaczesane do tyłu. - Co taka kobieta robi sama na odludziu? Krążą tutaj różni ludzie... Nie zawsze mili - zamruczał, sięgając ręką do mojego łokcia.
- Nie dotykaj mnie - odsunęłam się, mierząc go wzrokiem Wysoki, aczkolwiek dziwnie chudy. Może przyprowadził kogoś jeszcze. Nagle uśmiechnął się szeroko, a jego koścista dłoń zacisnęła się na moim łokciu. Krzyknęłam, jednocześnie kopiąc go w brzuch.
- Zostaw ją! - powiedział stanowczo Killian, stając za plecami mężczyzny. Ten, jak zaczarowany, puścił mnie i odszedł. - Wszystko dobrze skarbeńku? - Spytał Kill, poprawiając pasek od torby, którą trzymał na ramieniu. Pokiwałam tylko głową, łapiąc się za bolące miejsce.
- Tylko mnie nastraszył i nabił siniaka - odpowiedziałam, rozglądając się dookoła. - Chodźmy stąd.
- Już skarbusiu. Taksówka zaraz będzie - odparł chłopak.
- Co tam masz? - Ruchem głowy wskazałam na ciemną torbę.
- Nie twój interes kiciu.I nawet nie próbuj się dowiedzieć - ostatnie słowo warknął.
- Spokojnie. Tylko się spytałam - uniosłam ręce w geście obronnym. Po chwili przyjechała taksówka. W ciszy pojechaliśmy do mieszkania mężczyzny.
- Jak chcesz, to możesz iść pierwsza pod prysznic. Ja muszę coś zrobić. Ręczniki są w szafce przy drzwiach - powiedział Kill, rzucając torbę na sofę. Skinęłam głową i poszłam do łazienki. Wyszłam po dwudziestu minutach.
- Killian? - Wychyliłam głowę zza drzwi. Czarnowłosy siedział w salonie, pijąc wino. Torba gdzieś zniknęła.
- Tak skarbusiu?
- Możesz nie patrzeć? Nie wzięłam piżamy - powiedziałam, spuszczając głowę. Mężczyzna uśmiechnął się szeroko, poruszając brwiami. - Proszę...
- Co będę z tego miał?
- Jesteś pieprzonym materialistą! - krzyknęłam, czerwona na twarzy.
- Nie radzę teraz na mnie krzyczeć skarbeńku. To ty chcesz coś ugadać.
- To co będę musiała zrobić? - zrezygnowana oparłam głowę o framugę
- Moje łóżko jest zimne i samotne...
- Na to nie licz - mruknęłam. - I nawet o tym nie myśl.
- Jeszcze kiedyś się przekonasz - uśmiechnął się szeroko. - Idź już. Doliczę to do twojego długu - odetchnęłam cicho i owinięta w ręcznik, przeszłam przez całe mieszkanie do swojego pokoju. Nawet nie sprawdzałam, czy Killian podgląda. Wolałam myśleć, że nie. Zamknęłam cicho drzwi, po czym od razu się o nie oparłam. Nigdy więcej. Szybko przebrałam się w dres. Wróciłam do salonu.
- Wyjaśnij mi o co chodzi z jutrem - powiedziałam, siadając na sofie.
- Przyjdzie Henry. Masz odebrać od niego torbę. Jak będzie chciał wejść czy coś, to daj mu chociaż herbatę czy coś. Posiedzi z piętnaście minut a potem pójdzie.
- Czyli mam tylko odebrać torbę? - upewniłam się.
- Dokładnie tak skarbusiu - mężczyzna skinął głową, podając mi kieliszek z winem.
- Co jeśli nie będzie miał kasy?
- Będzie miał. Uwierz mi. Będzie miał.
- Nie piję więcej. Idę spać, bo padam z nóg. Branoc - rzuciłam, idąc do pokoju.Padłam na łóżko, zakopując się w miękkiej pościeli i zapadłam w głęboki sen.
***
Następnego ranka obudziło mnie wściekłe pukanie do frontowych drzwi. Owinięta kołdrą, wstałam z łóżka i poszłam otworzyć. Na korytarzu stał Henry.
- Jest Kilian? - Spytał mężczyzna,patrząc mi przez ramię.
- Nie ma go. Prosił,bym ciebie ugościła - uśmiechnęłam się tak szczerze jak mogłam, bez porannej kawy.
- Weź to tylko. Może innym razem wpadnę - powiedział, podając mi czarną torbę. Chwyciłam mocno pasek, po czym pchnęłam ją w głąb mieszkania.
- Baju, baju - zatrzasnęłam mu drzwi przed nosem, jednocześnie przekręcając klucz w zamku. Poczłapałam do kuchni, by się wybudzić.
***
Godzinę później szłam ze spokojem ulicą. Powinnam odwiedzić Mike'a, ale jakoś nie mam ochoty wycierać jego wymiocin. Muszę znaleźć cokolwiek z czego mogłabym się utrzymać, kiedy już wyprowadzę się od Killiana. Nie, żebym go nie lubiła, ale... W sumie to go nie lubię. I dlatego chcę się wyprowadzić. Nagle śmietnik w uliczce przewrócił się, a cały syf ze środka znalazł się przede mną.
- Zajebiście - mruknęłam. Nagle jeden z worków poruszył się. Zmarszczyłam brwi, kucając. - Co jest...? - Szepnęłam, rozwiązując supeł na samej górze. W środku był szczeniak. Miał może miesiąc. Ciemnobrązowe futro było całe posklejane od brudu, a duże oczy zlepiła ropa. Malec zaszczekał cicho, próbując wstać. Sama skóra i kości. - Chodź maluszku - ostrożnie wzięłam go na ręce, owijając w kurtkę. Pewnie miał pełno pcheł i innych paskudztw. Nie chciałam czegoś takiego złapać.
***
Do mieszkania wróciłam późnym wieczorem.
- Jestem! Wybacz, że tak długo, ale musiałam coś załatwić - powiedziałam do Kiliana, siedzącego w salonie. Upewniłam się, że jest czymś zajęty i zaczęłam iść w stronę pokoju. Nawet nie podniósł wzroku znad dokumentów. Byłam już prawie u celu, kiedy szczeniak pisnął. Skrzywiłam się, odwracając plecami do mężczyzny.
- Pisnęłaś? - Spytał lekko rozbawiony Kill.
- Tak. Lubię od czasu do czasu popiszczeć - skłamałam, głaszcząc psa po pyszczku.
- Jakoś nigdy tego nie słyszałem.
- Nie słuchałeś wystarczająco dobrze - odparłam lekko.
- No już. Nie kłam mi tutaj. Odwracaj się - Killian patrzył na mnie surowo. Podeszłam do kanapy z zwierzęciem na rękach.
- Znalazłam go dzisiaj... Nie mogłam go tak zostawić - szepnęłam, spuszczając wzrok.
Kill?
- Piękny wieczór prawda? - Spytał jakiś mężczyzna, pojawiając się obok. Podskoczyłam, patrząc na jego niezwykle piękną twarz. Blada skóra, lekko wystające kości policzkowe, zielone oczy i kruczoczarne włosy, zaczesane do tyłu. - Co taka kobieta robi sama na odludziu? Krążą tutaj różni ludzie... Nie zawsze mili - zamruczał, sięgając ręką do mojego łokcia.
- Nie dotykaj mnie - odsunęłam się, mierząc go wzrokiem Wysoki, aczkolwiek dziwnie chudy. Może przyprowadził kogoś jeszcze. Nagle uśmiechnął się szeroko, a jego koścista dłoń zacisnęła się na moim łokciu. Krzyknęłam, jednocześnie kopiąc go w brzuch.
- Zostaw ją! - powiedział stanowczo Killian, stając za plecami mężczyzny. Ten, jak zaczarowany, puścił mnie i odszedł. - Wszystko dobrze skarbeńku? - Spytał Kill, poprawiając pasek od torby, którą trzymał na ramieniu. Pokiwałam tylko głową, łapiąc się za bolące miejsce.
- Tylko mnie nastraszył i nabił siniaka - odpowiedziałam, rozglądając się dookoła. - Chodźmy stąd.
- Już skarbusiu. Taksówka zaraz będzie - odparł chłopak.
- Co tam masz? - Ruchem głowy wskazałam na ciemną torbę.
- Nie twój interes kiciu.I nawet nie próbuj się dowiedzieć - ostatnie słowo warknął.
- Spokojnie. Tylko się spytałam - uniosłam ręce w geście obronnym. Po chwili przyjechała taksówka. W ciszy pojechaliśmy do mieszkania mężczyzny.
- Jak chcesz, to możesz iść pierwsza pod prysznic. Ja muszę coś zrobić. Ręczniki są w szafce przy drzwiach - powiedział Kill, rzucając torbę na sofę. Skinęłam głową i poszłam do łazienki. Wyszłam po dwudziestu minutach.
- Killian? - Wychyliłam głowę zza drzwi. Czarnowłosy siedział w salonie, pijąc wino. Torba gdzieś zniknęła.
- Tak skarbusiu?
- Możesz nie patrzeć? Nie wzięłam piżamy - powiedziałam, spuszczając głowę. Mężczyzna uśmiechnął się szeroko, poruszając brwiami. - Proszę...
- Co będę z tego miał?
- Jesteś pieprzonym materialistą! - krzyknęłam, czerwona na twarzy.
- Nie radzę teraz na mnie krzyczeć skarbeńku. To ty chcesz coś ugadać.
- To co będę musiała zrobić? - zrezygnowana oparłam głowę o framugę
- Moje łóżko jest zimne i samotne...
- Na to nie licz - mruknęłam. - I nawet o tym nie myśl.
- Jeszcze kiedyś się przekonasz - uśmiechnął się szeroko. - Idź już. Doliczę to do twojego długu - odetchnęłam cicho i owinięta w ręcznik, przeszłam przez całe mieszkanie do swojego pokoju. Nawet nie sprawdzałam, czy Killian podgląda. Wolałam myśleć, że nie. Zamknęłam cicho drzwi, po czym od razu się o nie oparłam. Nigdy więcej. Szybko przebrałam się w dres. Wróciłam do salonu.
- Wyjaśnij mi o co chodzi z jutrem - powiedziałam, siadając na sofie.
- Przyjdzie Henry. Masz odebrać od niego torbę. Jak będzie chciał wejść czy coś, to daj mu chociaż herbatę czy coś. Posiedzi z piętnaście minut a potem pójdzie.
- Czyli mam tylko odebrać torbę? - upewniłam się.
- Dokładnie tak skarbusiu - mężczyzna skinął głową, podając mi kieliszek z winem.
- Co jeśli nie będzie miał kasy?
- Będzie miał. Uwierz mi. Będzie miał.
- Nie piję więcej. Idę spać, bo padam z nóg. Branoc - rzuciłam, idąc do pokoju.Padłam na łóżko, zakopując się w miękkiej pościeli i zapadłam w głęboki sen.
***
Następnego ranka obudziło mnie wściekłe pukanie do frontowych drzwi. Owinięta kołdrą, wstałam z łóżka i poszłam otworzyć. Na korytarzu stał Henry.
- Jest Kilian? - Spytał mężczyzna,patrząc mi przez ramię.
- Nie ma go. Prosił,bym ciebie ugościła - uśmiechnęłam się tak szczerze jak mogłam, bez porannej kawy.
- Weź to tylko. Może innym razem wpadnę - powiedział, podając mi czarną torbę. Chwyciłam mocno pasek, po czym pchnęłam ją w głąb mieszkania.
- Baju, baju - zatrzasnęłam mu drzwi przed nosem, jednocześnie przekręcając klucz w zamku. Poczłapałam do kuchni, by się wybudzić.
***
Godzinę później szłam ze spokojem ulicą. Powinnam odwiedzić Mike'a, ale jakoś nie mam ochoty wycierać jego wymiocin. Muszę znaleźć cokolwiek z czego mogłabym się utrzymać, kiedy już wyprowadzę się od Killiana. Nie, żebym go nie lubiła, ale... W sumie to go nie lubię. I dlatego chcę się wyprowadzić. Nagle śmietnik w uliczce przewrócił się, a cały syf ze środka znalazł się przede mną.
- Zajebiście - mruknęłam. Nagle jeden z worków poruszył się. Zmarszczyłam brwi, kucając. - Co jest...? - Szepnęłam, rozwiązując supeł na samej górze. W środku był szczeniak. Miał może miesiąc. Ciemnobrązowe futro było całe posklejane od brudu, a duże oczy zlepiła ropa. Malec zaszczekał cicho, próbując wstać. Sama skóra i kości. - Chodź maluszku - ostrożnie wzięłam go na ręce, owijając w kurtkę. Pewnie miał pełno pcheł i innych paskudztw. Nie chciałam czegoś takiego złapać.
***
Do mieszkania wróciłam późnym wieczorem.
- Jestem! Wybacz, że tak długo, ale musiałam coś załatwić - powiedziałam do Kiliana, siedzącego w salonie. Upewniłam się, że jest czymś zajęty i zaczęłam iść w stronę pokoju. Nawet nie podniósł wzroku znad dokumentów. Byłam już prawie u celu, kiedy szczeniak pisnął. Skrzywiłam się, odwracając plecami do mężczyzny.
- Pisnęłaś? - Spytał lekko rozbawiony Kill.
- Tak. Lubię od czasu do czasu popiszczeć - skłamałam, głaszcząc psa po pyszczku.
- Jakoś nigdy tego nie słyszałem.
- Nie słuchałeś wystarczająco dobrze - odparłam lekko.
- No już. Nie kłam mi tutaj. Odwracaj się - Killian patrzył na mnie surowo. Podeszłam do kanapy z zwierzęciem na rękach.
- Znalazłam go dzisiaj... Nie mogłam go tak zostawić - szepnęłam, spuszczając wzrok.
Kill?
Od Killiana Cd. Rosalin
- Musieliśmy sobie coś obgadać z Henrym - powiedziałem i wyciągnąłem telefon z kieszeni marynarki. - Trzymaj, skarbusiu i zadzwoń po taksówkę - podałem telefon Rosalin.
- Ale mówiłeś...
- Idź - odwróciłem dziewczynę w przeciwną stronę i popchnąłem lekko.
Spojrzałem na kasyno. Z budynku wyszedł Henry. Skubany narzucił czar, pomyślałem z uśmiechem. Wyglądał tak jak wcześniej, ale pod maską jaką na siebie narzucił miał podbite oko, a krew lała mu się z nosa.
- Taksówka już tu jest - powiedziała Rosalin podchodząc do mnie i oddając telefon.
- Chodźmy, więc skarbusiu.
Weszliśmy do samochodu.
- Gdzie zawieźć? - spytał gardłowym głosem kierowca.
Wyciągnąłem z kieszeni marynarki karteczkę i podałem mu ją. Mężczyzna przeczytawszy adres odwrócił się i spojrzał na mnie badawczo. Wyciągnąłem z portfela 200 dolarów.
- Trzymaj - podałem mu banknot. - Dostaniesz drugie tyle.
Kierowca skinął głową i dodał pedał gazu.
- Tak w ogóle, skarbeńku to jutro przyjdzie Henry. Mnie nie będzie w domu, więc ty go wpuścisz. Ale tylko jeśli będzie miał to co trzeba.
Rosalin zmarszczyła brwi.
- A co ci ma dostarczyć - spytała.
Machnąłem ręką.
- Ma mi dostarczyć połowę pieniędzy, które mi wisi.
- To o tym z nim rozmawiałeś?
- Mniej więcej.
- To tutaj! - zawołał kierowca.
Wysiedliśmy z taksówki. Dałem kierowcy pieniądze za przejazd i spory napiwek.
- Dziękuję - rzekł po czym odjechał.
- Killian, gdzie my jesteśmy? - spytała Rosalin.
Staliśmy przed wielkim zapadającym się budynkiem, który niegdyś był magazynem.
- Muszę załatwić pewną ważną sprawę, skarbusiu.
- Zostawiasz mnie tu na pastwę rabusiów i gwałcicieli? - mruknęła Ross. - Nieładnie.
- Wierzę, że sobie poradzisz - uśmiechnąłem się do niej. - Wrócę zanim ktokolwiek zdąży cię zaatakować. - i nie czekając na odpowiedź obszedłem magazyny i wszedłem tylnymi drzwiami.
Rosalin?
- Ale mówiłeś...
- Idź - odwróciłem dziewczynę w przeciwną stronę i popchnąłem lekko.
Spojrzałem na kasyno. Z budynku wyszedł Henry. Skubany narzucił czar, pomyślałem z uśmiechem. Wyglądał tak jak wcześniej, ale pod maską jaką na siebie narzucił miał podbite oko, a krew lała mu się z nosa.
- Taksówka już tu jest - powiedziała Rosalin podchodząc do mnie i oddając telefon.
- Chodźmy, więc skarbusiu.
Weszliśmy do samochodu.
- Gdzie zawieźć? - spytał gardłowym głosem kierowca.
Wyciągnąłem z kieszeni marynarki karteczkę i podałem mu ją. Mężczyzna przeczytawszy adres odwrócił się i spojrzał na mnie badawczo. Wyciągnąłem z portfela 200 dolarów.
- Trzymaj - podałem mu banknot. - Dostaniesz drugie tyle.
Kierowca skinął głową i dodał pedał gazu.
- Tak w ogóle, skarbeńku to jutro przyjdzie Henry. Mnie nie będzie w domu, więc ty go wpuścisz. Ale tylko jeśli będzie miał to co trzeba.
Rosalin zmarszczyła brwi.
- A co ci ma dostarczyć - spytała.
Machnąłem ręką.
- Ma mi dostarczyć połowę pieniędzy, które mi wisi.
- To o tym z nim rozmawiałeś?
- Mniej więcej.
- To tutaj! - zawołał kierowca.
Wysiedliśmy z taksówki. Dałem kierowcy pieniądze za przejazd i spory napiwek.
- Dziękuję - rzekł po czym odjechał.
- Killian, gdzie my jesteśmy? - spytała Rosalin.
Staliśmy przed wielkim zapadającym się budynkiem, który niegdyś był magazynem.
- Muszę załatwić pewną ważną sprawę, skarbusiu.
- Zostawiasz mnie tu na pastwę rabusiów i gwałcicieli? - mruknęła Ross. - Nieładnie.
- Wierzę, że sobie poradzisz - uśmiechnąłem się do niej. - Wrócę zanim ktokolwiek zdąży cię zaatakować. - i nie czekając na odpowiedź obszedłem magazyny i wszedłem tylnymi drzwiami.
Rosalin?
Od Rosalin Cd. Killian
- Ale mi łaskę robisz - mruknęłam.
- Uśmiechnij się - odmruknął Kill. Ujęłam jego ramię, unosząc kąciki ust do góry. W kasynie było głośno i jasno. Ktoś zabrał nasze płaszcze, tuż po wejściu do środka.
- Prowadź -poleciłam mężczyźnie, ponownie łapiąc go za rękę. Czarnowłosy przez chwilę rozglądał się po sali, po czym ruszyliśmy w stronę stanowiska do pokera.
- James! Jak miło cię widzieć! - Zawołał ktoś za naszymi plecami. Odwróciliśmy się jednocześnie. Było to starszy mężczyzna, w szarym garniturze.
- Sebastian. Miło cię widzieć. Poznaj moją dziewczynę. Victorio. To mój dobry znajomy Sebastian - dopiero po chwili zorientowałam się, że chodzi o mnie.
- Miło mi poznać - wyciągnęłam wolną dłoń w jego stronę. Ujął ją lekko, po czym ucałował. Z trudem opanowałam się, by nie cofnąć ręki.
- James pewnie ci o mnie opowiadał - łysiejący mężczyzna wyciągnął cygaro z kieszeni marynarki.
- Nie znam Jamiego aż tak długo - odparłam, opierając głowę o ramię Killiana. Zaraz dostanę cukrzycy od tej słodyczy.
- Szkoda. Partyjkę pokera? - Zaproponował Sebastian i nie czekając na naszą odpowiedź, ruszył do stolika.
- Fałszywe imiona James? Nieładnie - mruknęłam.
- Nie mogę szastać naszymi imionami na prawo i lewo skarbeńku - wyjaśnił, nachylając się w moją stronę. Doszliśmy ze spokojem do stolika. Kill usiadł jako pierwszy, po czym zgrabnie usadził mnie sobie na kolanach. Poczułam jego ciepłą dłoń na swojej talii. Pochyliłam się do niego.
- Nie pozwalaj sobie - syknęłam cicho.
- Szukaj mężczyzny w białym garniturze z czarną różą w klapie marynarki - szepnął czarnowłosy. Zachichotałam dla niepoznaki, jednocześnie lekko muskając jego policzek wargami. Założyłam ręce na jego karku, opierając się łokciem o bark. Obserwowałam tłum ludzi, co jakiś czas wracając do gry.
- Ross, Ross - mruknął niecierpliwie Killian, dźgając mnie w żebro. Podskoczyłam, patrząc na niego.
- Przynieś mi jakiegoś drinka kwiatuszku, jeśli już się obudziłaś - powiedział Sebastian, wpatrzony w karty. Chyba nie szło mu najlepiej. Wstałam, prostując skrzywiony kręgosłup.
- Dla mnie może być rum - mruknął Kill, drapiąc się po brodzie. Poprawiłam sukienkę i udałam się w stronę baru. Wybrałam coś dla Sebastiana oraz zamówiłam rum dla Killiana.
- Co taka piękna kobieta robi sama przy barze w kasynie? - Spytał ktoś za mną. Odwróciłam się, by zobaczyć mężczyznę w białym garniturze, z czarną różą przy klapie. Wyglądał na jakieś trzydzieści lat. Ciemnobrązowe, krótkie włosy, zielone oczy oraz szeroki uśmiech. Miał ciemniejszą skórę, z przebarwieniami przy kącikach oczu i na dłoniach. Za to zęby idealnie białe, wybielone z trzy dni temu.
- Przyszłam jedynie po coś dla znajomego i chłopaka - odparłam.
- Chyba chłopak o ciebie nie dba, skoro wysłał cię samą... Bez żadnej opieki - zaczął powoli mężczyzna, niebezpiecznie się przybliżając.
- Masz rację. Jest wrednym sukinsynem - uśmiechnęłam się krzywo, odbierając zamówiony alkohol. Mężczyzna zaśmiał się głośno.
- Podobasz mi się. Mam nadzieję, że Killian nie będzie miał nic przeciwko, jeśli na trochę cie ukradnę - ruszył w stronę stolika do pokera. Powolnym krokiem poszłam za nim, przeklinając się pod nosem. Jestem głupia. Idiotka. Trzeba było się więcej dopytać a nie brać w ślepo. Argh... Przystanęłam na widok rozmawiających swobodnie mężczyzn. Uf... Może jednak żyję.
- Wybacz,ale nie mogę pożyczyć ci Victorii na resztę wieczoru. Przynosi mi za dużo szczęścia. Jesteś skarbeńku. Długo cię nie było - powiedział Killian, odbierając swój rum. - Muszę coś obgadać z Henrym. Pograsz za mnie chwilę prawda? - Spytał, zachęcająco odsuwając krzesło.
- Grałam w pokera jak miałam sześć lat. Nic nie pamiętam- szepnęłam.
- Dasz sobie radę - mruknął czarnowłosy. - Dobra robota z tym facetem.
- Dzięki - powiedziała cicho, po czym usiadłam przy stole. Mężczyźni odeszli a ja zostałam sama.
***
Killian wrócił po dwóch godzinach.
- Tu jesteś - powiedział, łapiąc mnie za łokieć.
- Jezu! Nie strasz mnie - podskoczyłam, kładąc rękę na piersi. - Długo cię nie było, a nie chciało mi się tam cały czas siedzieć. Jak poszło?
- Dobrze. Chyba. Opowiem ci w mieszkaniu. Piłaś prawda? - Spytał, patrząc na szklankę w mojej dłoni.
- Boisz się - otworzyłam szerzej oczy. - Co się stało?
- Opowiem ci po drodze - odparł, łapiąc mnie za łokieć. Skinęłam głową. Wyszliśmy na zewnątrz. - Czekaj. A to piłaś czy nie?
-Mniej niż ty. Dojadę. Daj kluczyki - wyciągnęłam do niego rękę.
- Zadzwonię po taksówkę - mruknął.
- Nie ufasz mi? - Uniosłam jedną brew.
- Nie chcę byś nas zabiła. To dwie różne rzeczy. Taksówka zaraz będzie.
- Okej. Teraz opowiedz, o co chodziło - opatuliłam się mocniej cienkim płaszczem.
Kill?
- Uśmiechnij się - odmruknął Kill. Ujęłam jego ramię, unosząc kąciki ust do góry. W kasynie było głośno i jasno. Ktoś zabrał nasze płaszcze, tuż po wejściu do środka.
- Prowadź -poleciłam mężczyźnie, ponownie łapiąc go za rękę. Czarnowłosy przez chwilę rozglądał się po sali, po czym ruszyliśmy w stronę stanowiska do pokera.
- James! Jak miło cię widzieć! - Zawołał ktoś za naszymi plecami. Odwróciliśmy się jednocześnie. Było to starszy mężczyzna, w szarym garniturze.
- Sebastian. Miło cię widzieć. Poznaj moją dziewczynę. Victorio. To mój dobry znajomy Sebastian - dopiero po chwili zorientowałam się, że chodzi o mnie.
- Miło mi poznać - wyciągnęłam wolną dłoń w jego stronę. Ujął ją lekko, po czym ucałował. Z trudem opanowałam się, by nie cofnąć ręki.
- James pewnie ci o mnie opowiadał - łysiejący mężczyzna wyciągnął cygaro z kieszeni marynarki.
- Nie znam Jamiego aż tak długo - odparłam, opierając głowę o ramię Killiana. Zaraz dostanę cukrzycy od tej słodyczy.
- Szkoda. Partyjkę pokera? - Zaproponował Sebastian i nie czekając na naszą odpowiedź, ruszył do stolika.
- Fałszywe imiona James? Nieładnie - mruknęłam.
- Nie mogę szastać naszymi imionami na prawo i lewo skarbeńku - wyjaśnił, nachylając się w moją stronę. Doszliśmy ze spokojem do stolika. Kill usiadł jako pierwszy, po czym zgrabnie usadził mnie sobie na kolanach. Poczułam jego ciepłą dłoń na swojej talii. Pochyliłam się do niego.
- Nie pozwalaj sobie - syknęłam cicho.
- Szukaj mężczyzny w białym garniturze z czarną różą w klapie marynarki - szepnął czarnowłosy. Zachichotałam dla niepoznaki, jednocześnie lekko muskając jego policzek wargami. Założyłam ręce na jego karku, opierając się łokciem o bark. Obserwowałam tłum ludzi, co jakiś czas wracając do gry.
- Ross, Ross - mruknął niecierpliwie Killian, dźgając mnie w żebro. Podskoczyłam, patrząc na niego.
- Przynieś mi jakiegoś drinka kwiatuszku, jeśli już się obudziłaś - powiedział Sebastian, wpatrzony w karty. Chyba nie szło mu najlepiej. Wstałam, prostując skrzywiony kręgosłup.
- Dla mnie może być rum - mruknął Kill, drapiąc się po brodzie. Poprawiłam sukienkę i udałam się w stronę baru. Wybrałam coś dla Sebastiana oraz zamówiłam rum dla Killiana.
- Co taka piękna kobieta robi sama przy barze w kasynie? - Spytał ktoś za mną. Odwróciłam się, by zobaczyć mężczyznę w białym garniturze, z czarną różą przy klapie. Wyglądał na jakieś trzydzieści lat. Ciemnobrązowe, krótkie włosy, zielone oczy oraz szeroki uśmiech. Miał ciemniejszą skórę, z przebarwieniami przy kącikach oczu i na dłoniach. Za to zęby idealnie białe, wybielone z trzy dni temu.
- Przyszłam jedynie po coś dla znajomego i chłopaka - odparłam.
- Chyba chłopak o ciebie nie dba, skoro wysłał cię samą... Bez żadnej opieki - zaczął powoli mężczyzna, niebezpiecznie się przybliżając.
- Masz rację. Jest wrednym sukinsynem - uśmiechnęłam się krzywo, odbierając zamówiony alkohol. Mężczyzna zaśmiał się głośno.
- Podobasz mi się. Mam nadzieję, że Killian nie będzie miał nic przeciwko, jeśli na trochę cie ukradnę - ruszył w stronę stolika do pokera. Powolnym krokiem poszłam za nim, przeklinając się pod nosem. Jestem głupia. Idiotka. Trzeba było się więcej dopytać a nie brać w ślepo. Argh... Przystanęłam na widok rozmawiających swobodnie mężczyzn. Uf... Może jednak żyję.
- Wybacz,ale nie mogę pożyczyć ci Victorii na resztę wieczoru. Przynosi mi za dużo szczęścia. Jesteś skarbeńku. Długo cię nie było - powiedział Killian, odbierając swój rum. - Muszę coś obgadać z Henrym. Pograsz za mnie chwilę prawda? - Spytał, zachęcająco odsuwając krzesło.
- Grałam w pokera jak miałam sześć lat. Nic nie pamiętam- szepnęłam.
- Dasz sobie radę - mruknął czarnowłosy. - Dobra robota z tym facetem.
- Dzięki - powiedziała cicho, po czym usiadłam przy stole. Mężczyźni odeszli a ja zostałam sama.
***
Killian wrócił po dwóch godzinach.
- Tu jesteś - powiedział, łapiąc mnie za łokieć.
- Jezu! Nie strasz mnie - podskoczyłam, kładąc rękę na piersi. - Długo cię nie było, a nie chciało mi się tam cały czas siedzieć. Jak poszło?
- Dobrze. Chyba. Opowiem ci w mieszkaniu. Piłaś prawda? - Spytał, patrząc na szklankę w mojej dłoni.
- Boisz się - otworzyłam szerzej oczy. - Co się stało?
- Opowiem ci po drodze - odparł, łapiąc mnie za łokieć. Skinęłam głową. Wyszliśmy na zewnątrz. - Czekaj. A to piłaś czy nie?
-Mniej niż ty. Dojadę. Daj kluczyki - wyciągnęłam do niego rękę.
- Zadzwonię po taksówkę - mruknął.
- Nie ufasz mi? - Uniosłam jedną brew.
- Nie chcę byś nas zabiła. To dwie różne rzeczy. Taksówka zaraz będzie.
- Okej. Teraz opowiedz, o co chodziło - opatuliłam się mocniej cienkim płaszczem.
Kill?
Od Killiana Cd. Rosalin
Chwyciłem pilota i włączyłem nastrojową muzykę. Innym guzikiem sprawiłem, że główne światło zgasło, a jedynym oświetleniem były świece i lampi świecące nad kominkiem.
- Mamy teraz czas tylko dla siebie - powiedziałem uśmiechając się.
- To będzie naprawdę długi wieczór - mruknęła Rosalin.
***
Minęło kilka dni od tamtego wieczoru. Dowiedziałem się bardzo dużo o przeszłości Rosalin, jej umiejętnościach i przyjacielowi, którego pomogłem jej uratować. Za to ona wie dalej tyle ile wiedziała. No dobra, powiedziałem jej, że zawsze chciałem mieć psa.
Pewnego dnia po prostu wszedłem do jej pokoju i powiedziałem jej.
- Musisz gdzieś ze mną pójść.
- Puka się, wiesz? - warknęła Rosalin siedząc na łóżku. - I niby gdzie?
- Powiem ci po drodze. Idź się przebrać. Ubranie czeka na ciebie w łazience. To będzie już jedna przysługa, którą wypełnisz.
- Dobra - mruknęła dziewczyna wstając.
- I umaluj się jakoś skarbeńku - mrugnąłem do niej. - Musimy się ładnie prezentować.
Wyszedłem z jej pokoju i czekałem na kanapie w salonie.
- Krótszych nie było? - usłyszałem głoś Rosalin.
Wstałem i spojrzałem na nią. Miała czarną, błyszczącą sukienkę sięgającą połowy ud, ciemny makijaż i warkocz na bok.
- Fikuśna fryzura - stwierdziłem.
- Oj, cicho bądź - powiedziała dziewczyna. - Miejmy to już za sobą.
Otworzyłem drzwi.
- Panie przodem - uśmiechnąłem się do niej.
Ross tylko przewróciła oczami i wyszła, a ja zaraz za nią.
***
- Podsumowując, mam udawać twoją dziewczynę przed innymi użytkownikami kasyna, żeby cię nie wyśmiali to jest kolejna przysługa, którą wypełniłam? - powiedziała Rosalin.
- Mniej więcej - odparłem uważnie obserwując ulicę. W końcu się zatrzymałem. - Oto i jesteśmy.
Wysiadłem z samochodu i otworzyłem drzwi od strony pasażera. Ross niechętnie chwyciła moją rękę i wysiadła z samochodu. Podałem jej ramię.
- Spróbuję ci dotykać jak najmniej, skarbeńku - uśmiechnąłem się do niej.
Powolnym krokiem weszliśmy do kasyna.
Rosalin?
- Mamy teraz czas tylko dla siebie - powiedziałem uśmiechając się.
- To będzie naprawdę długi wieczór - mruknęła Rosalin.
***
Minęło kilka dni od tamtego wieczoru. Dowiedziałem się bardzo dużo o przeszłości Rosalin, jej umiejętnościach i przyjacielowi, którego pomogłem jej uratować. Za to ona wie dalej tyle ile wiedziała. No dobra, powiedziałem jej, że zawsze chciałem mieć psa.
Pewnego dnia po prostu wszedłem do jej pokoju i powiedziałem jej.
- Musisz gdzieś ze mną pójść.
- Puka się, wiesz? - warknęła Rosalin siedząc na łóżku. - I niby gdzie?
- Powiem ci po drodze. Idź się przebrać. Ubranie czeka na ciebie w łazience. To będzie już jedna przysługa, którą wypełnisz.
- Dobra - mruknęła dziewczyna wstając.
- I umaluj się jakoś skarbeńku - mrugnąłem do niej. - Musimy się ładnie prezentować.
Wyszedłem z jej pokoju i czekałem na kanapie w salonie.
- Krótszych nie było? - usłyszałem głoś Rosalin.
Wstałem i spojrzałem na nią. Miała czarną, błyszczącą sukienkę sięgającą połowy ud, ciemny makijaż i warkocz na bok.
- Fikuśna fryzura - stwierdziłem.
- Oj, cicho bądź - powiedziała dziewczyna. - Miejmy to już za sobą.
Otworzyłem drzwi.
- Panie przodem - uśmiechnąłem się do niej.
Ross tylko przewróciła oczami i wyszła, a ja zaraz za nią.
***
- Podsumowując, mam udawać twoją dziewczynę przed innymi użytkownikami kasyna, żeby cię nie wyśmiali to jest kolejna przysługa, którą wypełniłam? - powiedziała Rosalin.
- Mniej więcej - odparłem uważnie obserwując ulicę. W końcu się zatrzymałem. - Oto i jesteśmy.
Wysiadłem z samochodu i otworzyłem drzwi od strony pasażera. Ross niechętnie chwyciła moją rękę i wysiadła z samochodu. Podałem jej ramię.
- Spróbuję ci dotykać jak najmniej, skarbeńku - uśmiechnąłem się do niej.
Powolnym krokiem weszliśmy do kasyna.
Rosalin?
Od Rosalin Cd. Killian
Zamyśliłam się na chwilę.
- Daj mi to przemyśleć -powiedziałam. - Idę zobaczyć co z ciotą w poprzednim mieszkaniu - wstałam od stołu i wyszłam.
- Poprzednim?! - Zawołał Killian za moimi plecami
- Zamknij się! - odkrzyknęłam, trzaskając drzwiami. Zbiegłam po schodach na dół, myśląc nad propozycją mężczyzny. Po trzydziestu minutach byłam u Mike'a. Od progu przywitał mnie okropny smród. Zasłoniłam nos i usta rękawem, po czym weszłam do środka. Chłopak leżał na podłodze, przebierając niespokojnie nogami.
- Jak tam?- Spytałam, podchodząc do okna i otwierając je na oścież.
- Zimno jest kuvvwa... - jęknął chłopak, wyginając plecy pod dziwnym kątem
- Śmierdzi - odpowiedziałam, wdychając chłodne powietrze.
- Zawsze o mnie dbałaś - mruknął, dalej machając nogami. Po chwili zaczął cały drżeć. Siedziałam u niego do wieczora, wycierając wymiociny z podłogi.
- Dzięki za pomoc - szepnął Mike, czołgając się do materaca.
- Jeśli wszystko będzie śmierdzieć, to cena mieszkania spadnie, a ja potrzebuję kasy - wyjaśniłam. - Nie waż się zamykać tego okna na noc. Przyjdę jutro - rzuciłam przez ramię, schodząc po schodach. Było już ciemno. Znowu. Muszę nauczyć się dobrze chodzić po tym mieście. Po drodze wstąpiłam jeszcze do sklepu, po jakieś wino. Wydrapałam resztki pieniędzy z portfela, płacąc za trunek.
- Ej! Laleczko! Może chcesz spędzić noc z kimś lepszym? - Zawołał jakiś menel, kiedy wyszłam na ulicę. Uśmiechnęłam się do niego.
- Nie ma nikogo lepszego od własnego ego - odparłam, idąc w stronę mieszkania Killiana. Weszłam po schodach na ostatnie piętro. Zapukałam do drzwi. Po chwili otworzył mi Killian.
- Namyśliłaś się skarbeńku? - Spytał z uśmieszkiem.
- Nie mam kasy za dzisiejszy wieczór, ale mam wino - pokazałam mu butelkę z alkoholem.
- Wolałbym rum, ale może być - czarnowłosy wzruszył ramionami. - Wchodź. Drugie drzwi po lewej. Kasę za rzeczy kiedyś mi tam oddasz. Są w szafie
- Co? Jakie rzeczy? - Zmarszczyłam brwi, idąc z niepokojem do pokoju. Był skromny. Po prawej od drzwi biała szafa, na środku dwuosobowe łóżko a obok niewielka komoda. Zamknęłam drzwi. Podbiegłam do łóżka, rzucając się z krzykiem w miękką pościel. Wciągnęłam się, przytulając do poduszek. Wstałam po pięciu minutach, dalej ściskając w dłoni róg beżowej kołdry. Podeszłam do szafy i otworzyłam ją.
- Żartujesz sobie prawda? - Spytałam, wychodząc z koronkową bielizną w ręce.
- Wyglądam jakbym żartował? Dalej skarbusiu, bo się świeczki wypalą. Jak chcesz, to możesz siedzieć w brudnych rzeczach sprzed trzech dni, ale nie siadaj koło mnie. Wina też nie dostaniesz - zawołał chłopak z kanapy. Przeklinając go pod nosem, wróciłam do siebie. Weszłam do salonu, ubrana w zdecydowanie za krótką spódnicę i koszulkę.
- Tylko spróbuj mnie dotknąć, to oberwiesz. Mocno - dodałam po chwili, widząc wielkiego banana na twarzy Killiana. Chwyciłam pełny kieliszek i upiłam łyk.
Kill?
- Daj mi to przemyśleć -powiedziałam. - Idę zobaczyć co z ciotą w poprzednim mieszkaniu - wstałam od stołu i wyszłam.
- Poprzednim?! - Zawołał Killian za moimi plecami
- Zamknij się! - odkrzyknęłam, trzaskając drzwiami. Zbiegłam po schodach na dół, myśląc nad propozycją mężczyzny. Po trzydziestu minutach byłam u Mike'a. Od progu przywitał mnie okropny smród. Zasłoniłam nos i usta rękawem, po czym weszłam do środka. Chłopak leżał na podłodze, przebierając niespokojnie nogami.
- Jak tam?- Spytałam, podchodząc do okna i otwierając je na oścież.
- Zimno jest kuvvwa... - jęknął chłopak, wyginając plecy pod dziwnym kątem
- Śmierdzi - odpowiedziałam, wdychając chłodne powietrze.
- Zawsze o mnie dbałaś - mruknął, dalej machając nogami. Po chwili zaczął cały drżeć. Siedziałam u niego do wieczora, wycierając wymiociny z podłogi.
- Dzięki za pomoc - szepnął Mike, czołgając się do materaca.
- Jeśli wszystko będzie śmierdzieć, to cena mieszkania spadnie, a ja potrzebuję kasy - wyjaśniłam. - Nie waż się zamykać tego okna na noc. Przyjdę jutro - rzuciłam przez ramię, schodząc po schodach. Było już ciemno. Znowu. Muszę nauczyć się dobrze chodzić po tym mieście. Po drodze wstąpiłam jeszcze do sklepu, po jakieś wino. Wydrapałam resztki pieniędzy z portfela, płacąc za trunek.
- Ej! Laleczko! Może chcesz spędzić noc z kimś lepszym? - Zawołał jakiś menel, kiedy wyszłam na ulicę. Uśmiechnęłam się do niego.
- Nie ma nikogo lepszego od własnego ego - odparłam, idąc w stronę mieszkania Killiana. Weszłam po schodach na ostatnie piętro. Zapukałam do drzwi. Po chwili otworzył mi Killian.
- Namyśliłaś się skarbeńku? - Spytał z uśmieszkiem.
- Nie mam kasy za dzisiejszy wieczór, ale mam wino - pokazałam mu butelkę z alkoholem.
- Wolałbym rum, ale może być - czarnowłosy wzruszył ramionami. - Wchodź. Drugie drzwi po lewej. Kasę za rzeczy kiedyś mi tam oddasz. Są w szafie
- Co? Jakie rzeczy? - Zmarszczyłam brwi, idąc z niepokojem do pokoju. Był skromny. Po prawej od drzwi biała szafa, na środku dwuosobowe łóżko a obok niewielka komoda. Zamknęłam drzwi. Podbiegłam do łóżka, rzucając się z krzykiem w miękką pościel. Wciągnęłam się, przytulając do poduszek. Wstałam po pięciu minutach, dalej ściskając w dłoni róg beżowej kołdry. Podeszłam do szafy i otworzyłam ją.
- Żartujesz sobie prawda? - Spytałam, wychodząc z koronkową bielizną w ręce.
- Wyglądam jakbym żartował? Dalej skarbusiu, bo się świeczki wypalą. Jak chcesz, to możesz siedzieć w brudnych rzeczach sprzed trzech dni, ale nie siadaj koło mnie. Wina też nie dostaniesz - zawołał chłopak z kanapy. Przeklinając go pod nosem, wróciłam do siebie. Weszłam do salonu, ubrana w zdecydowanie za krótką spódnicę i koszulkę.
- Tylko spróbuj mnie dotknąć, to oberwiesz. Mocno - dodałam po chwili, widząc wielkiego banana na twarzy Killiana. Chwyciłam pełny kieliszek i upiłam łyk.
Kill?
Od Killiana Cd. Rosalin
Machnąłem ręką.
- Pieniądze sobie zatrzymaj, będziesz mi winna kilka przysług.
- Jakich? - dociekała Rosalin.
Wzruszyłem ramionami.
- To się jeszcze zobaczy. Po prostu chcę mieć pewność, że jk zwrócę się do ciebie z jakąś prośbą to ją wypełnisz.
- Dobra.. A tak w ogóle to skąd masz tyle pieniędzy?!
- Cóż... Jako Heros byłem niezwykle honorowy. I gdy osunąłem się w cień jako jeden z pierwszych, zacząłem się zastanawiać, co mogę robić. I skoro wcześniej przeważał u mnie honor... To może oszust też się narodzi? I tak, dzięki większym, czy mniejszym oszustwom zarobiłem na ten apartament, motor i inne rzeczy.
Nastała chwila ciszy.
- Wiesz... mam dla ciebie propozycję, skarbeńku - powiedziałem.
Rosalin zmarszczyła brwi.
- Jaką?
- Wynajmę ci pokój, za niewielką opłatą, oczywiście. Będziesz miała dach nad głową i stuprocentową pewność żadnych kłopotów.
- A co ty będziesz z tego miał? - dziewczyna spojrzała na mnie podejrzliwie.
Uśmiechnąłem się.
- Towarzystwo i piękną dziewczynę, która w końcu ulegnie memu urokowi.
- No chyba po moim trupie...
- Słuchaj, Rosalin, to bardzo dobry układ.
- Czy ty właśnie nazwałeś mnie po imieniu - Rosalin uniosła brew. - Patrzcie narody.
- Skarbeńku, naprawdę. Nie ma mnie prawie całymi dniami w domu, wiec będziesz miała apartament dla siebie. Zabraniam jednak przyprowadzania meneli i innych szumowin. Myszkować po domu też nie próbuj bo źle się to może skończyć. Co ty na to? Piszesz się?
Rosalin?
- Pieniądze sobie zatrzymaj, będziesz mi winna kilka przysług.
- Jakich? - dociekała Rosalin.
Wzruszyłem ramionami.
- To się jeszcze zobaczy. Po prostu chcę mieć pewność, że jk zwrócę się do ciebie z jakąś prośbą to ją wypełnisz.
- Dobra.. A tak w ogóle to skąd masz tyle pieniędzy?!
- Cóż... Jako Heros byłem niezwykle honorowy. I gdy osunąłem się w cień jako jeden z pierwszych, zacząłem się zastanawiać, co mogę robić. I skoro wcześniej przeważał u mnie honor... To może oszust też się narodzi? I tak, dzięki większym, czy mniejszym oszustwom zarobiłem na ten apartament, motor i inne rzeczy.
Nastała chwila ciszy.
- Wiesz... mam dla ciebie propozycję, skarbeńku - powiedziałem.
Rosalin zmarszczyła brwi.
- Jaką?
- Wynajmę ci pokój, za niewielką opłatą, oczywiście. Będziesz miała dach nad głową i stuprocentową pewność żadnych kłopotów.
- A co ty będziesz z tego miał? - dziewczyna spojrzała na mnie podejrzliwie.
Uśmiechnąłem się.
- Towarzystwo i piękną dziewczynę, która w końcu ulegnie memu urokowi.
- No chyba po moim trupie...
- Słuchaj, Rosalin, to bardzo dobry układ.
- Czy ty właśnie nazwałeś mnie po imieniu - Rosalin uniosła brew. - Patrzcie narody.
- Skarbeńku, naprawdę. Nie ma mnie prawie całymi dniami w domu, wiec będziesz miała apartament dla siebie. Zabraniam jednak przyprowadzania meneli i innych szumowin. Myszkować po domu też nie próbuj bo źle się to może skończyć. Co ty na to? Piszesz się?
Rosalin?
Od Rosalin Cd. Killiana
Przez długi czas patrzyłam na torbę w dłoniach mężczyzny. Jęknęłam
cicho, przewracając oczami i chwyciłam ją niechętnie. Killian uśmiechnął
się szeroko.
- Nie szczerz się tak - mruknęłam. - Jak będę musiała to odpracować?
- Jeszcze się zobaczy. Ale zapamiętam to sobie. Jeśli chcesz wiedzieć, gdzie masz to zanieść, to trzymaj - czarnowłosy podał mi kopertę z listem. Zarzuciłam torbę na ramię i zabrałam papier.
- Przyjdę rano, jeśli wszystko się uda. Ustalimy jak mam to odpracować - zaproponowałam niechętnie.
- Przygotuję świeczki skarbeńku - mężczyzna puścił do mnie oczko. Kiedyś mu przywalę. Naprawdę... Warknęłam w odpowiedzi i wyszłam z apartamentu. Doszłam do rogu ulicy i dopiero tam ponownie otworzyłam list. Miałam przyjść o zmierzchu do opuszczonych magazynów, na obrzeżach. Nie podobała mi się wizja chodzenia praktycznie cały dzień z taką kasą, by potem, w nocy, samotnie udać się do magazynów. Póki co udałam się do mieszkania Mike'a. Może choć trochę spróbuję je ogarnąć. W sumie i tak nie mam nic lepszego do roboty.
Wytarłam brudną od kurzu twarz, opierając się o mop. Chyba jeszcze nigdy nie było tutaj tak czysto. W pokoju leżał materac, niewielka szafka oraz posklejane resztki fotela. I lampa, którą znalazłam na strychu.
- Trzeba się ruszyć - mruknęłam, wyglądając przez okno. Słońce zachodziło i zrobiło się jeszcze bardziej ponuro niż zwykle. Chwyciłam skórzaną torbę, po czym wyszłam w miasto. po niecałej godzinie stałam przed magazynem z wielkim numerem jeden nad drzwiami. Zapukałam trzy razy, dwie sekundy przerwy, jedno stuknięcie i jeszcze cztery stuknięcia, po sekundzie przerwy. Przede mną pojawił się mężczyzna.
-Przyszłam po znajomego - mruknęłam, stając swobodnie.
- Proszę wejść księżniczko - zadrwił, skłaniając się i szczerząc żółte zęby w szerokim uśmiechu. Skrzywiłam się lekko. Z duszą na ramieniu weszłam do środka.
- Masz podbite oko - zauważył Killiam, celując we mnie widelcem.
- No co ty pieprzysz... - mruknęłam, opierając policzek o dłoń. Siedzieliśmy u mężczyzny w mieszkaniu. Był ranek, następnego dnia.
- Ale co? Udało się?
- Mike siedzi w mieszkaniu i się odtruwa. Stwierdził, że pieprzy całe te narkotyki i całą resztę. Wyprowadza się, jak tylko skończy rzygać. Nawet znalazł kupca na mieskzanie.
- Ciebie? - Spytał Kill, nabijając kanapkę na widelec.
- A wyglądam jakbym miała kasę na jakikolwiek dach nad głową? - Spytałam, rozkładając ręce. - Chodzę w tych samych ubraniach od dwóch dni, spałam trzy godziny, mam podbite oko i ani grosza przy duszy! - krzyknęłam. - Nie, to nie ja. Ale dostanę część kasy za mieszkanie, więc będę mogła ci oddać - położyłam głowę na stole.
- A ta kasa co miał ci tamten dzieciak przynieść? - Zauważył Killiam, przysuwając talerz bliżej siebie. Patrzył na mnie jakoś tak dziwnie.
- Dwadzieścia dolarów - odparłam. - Kupiliśmy sobie za to śniadanie. Dobra. To co będę musiała robić? - mruknęłam niechętnie. - Odlicz jakieś 15 tysi, bo tyle powinnam dostać za mieszkanie.
- Nie szczerz się tak - mruknęłam. - Jak będę musiała to odpracować?
- Jeszcze się zobaczy. Ale zapamiętam to sobie. Jeśli chcesz wiedzieć, gdzie masz to zanieść, to trzymaj - czarnowłosy podał mi kopertę z listem. Zarzuciłam torbę na ramię i zabrałam papier.
- Przyjdę rano, jeśli wszystko się uda. Ustalimy jak mam to odpracować - zaproponowałam niechętnie.
- Przygotuję świeczki skarbeńku - mężczyzna puścił do mnie oczko. Kiedyś mu przywalę. Naprawdę... Warknęłam w odpowiedzi i wyszłam z apartamentu. Doszłam do rogu ulicy i dopiero tam ponownie otworzyłam list. Miałam przyjść o zmierzchu do opuszczonych magazynów, na obrzeżach. Nie podobała mi się wizja chodzenia praktycznie cały dzień z taką kasą, by potem, w nocy, samotnie udać się do magazynów. Póki co udałam się do mieszkania Mike'a. Może choć trochę spróbuję je ogarnąć. W sumie i tak nie mam nic lepszego do roboty.
***
Wytarłam brudną od kurzu twarz, opierając się o mop. Chyba jeszcze nigdy nie było tutaj tak czysto. W pokoju leżał materac, niewielka szafka oraz posklejane resztki fotela. I lampa, którą znalazłam na strychu.
- Trzeba się ruszyć - mruknęłam, wyglądając przez okno. Słońce zachodziło i zrobiło się jeszcze bardziej ponuro niż zwykle. Chwyciłam skórzaną torbę, po czym wyszłam w miasto. po niecałej godzinie stałam przed magazynem z wielkim numerem jeden nad drzwiami. Zapukałam trzy razy, dwie sekundy przerwy, jedno stuknięcie i jeszcze cztery stuknięcia, po sekundzie przerwy. Przede mną pojawił się mężczyzna.
-Przyszłam po znajomego - mruknęłam, stając swobodnie.
- Proszę wejść księżniczko - zadrwił, skłaniając się i szczerząc żółte zęby w szerokim uśmiechu. Skrzywiłam się lekko. Z duszą na ramieniu weszłam do środka.
***
- Masz podbite oko - zauważył Killiam, celując we mnie widelcem.
- No co ty pieprzysz... - mruknęłam, opierając policzek o dłoń. Siedzieliśmy u mężczyzny w mieszkaniu. Był ranek, następnego dnia.
- Ale co? Udało się?
- Mike siedzi w mieszkaniu i się odtruwa. Stwierdził, że pieprzy całe te narkotyki i całą resztę. Wyprowadza się, jak tylko skończy rzygać. Nawet znalazł kupca na mieskzanie.
- Ciebie? - Spytał Kill, nabijając kanapkę na widelec.
- A wyglądam jakbym miała kasę na jakikolwiek dach nad głową? - Spytałam, rozkładając ręce. - Chodzę w tych samych ubraniach od dwóch dni, spałam trzy godziny, mam podbite oko i ani grosza przy duszy! - krzyknęłam. - Nie, to nie ja. Ale dostanę część kasy za mieszkanie, więc będę mogła ci oddać - położyłam głowę na stole.
- A ta kasa co miał ci tamten dzieciak przynieść? - Zauważył Killiam, przysuwając talerz bliżej siebie. Patrzył na mnie jakoś tak dziwnie.
- Dwadzieścia dolarów - odparłam. - Kupiliśmy sobie za to śniadanie. Dobra. To co będę musiała robić? - mruknęłam niechętnie. - Odlicz jakieś 15 tysi, bo tyle powinnam dostać za mieszkanie.
Od Killiana Cd. Rosalin
Patrzyłem przez chwilę na dziewczynę, po czym zaglądnąłem do koperty. W
środku był list. Szybko go przeczytałem i pokiwałem głową.
- Jeśli nie masz 20 tyś. przy sobie, to twój kolega będzie miał naprawdę wielkie kłopoty - stwierdziłem.
- Co ty nie powiesz? - mruknęła Rosalin siłując się z drzwiami. - Pierdole, nie robię.
- I jak ja ci mam niby pomóc? - spytałem podchodząc do drzwi. Zacząłem je powoli oglądać.
- Nie wiem. - dziewczyna wzruszyła ramionami. - Wymyśl coś o wielki i tajemniczy Herosie! Ratunku uciśnionych!
Podniosłem drzwi i wstawiłem je. Oparłem się swobodnie o ścianę.
- A wiesz... Mógłbym ci pomóc.
Rosalin spojrzała na mnie unosząc brew.
- Naprawdę? - spytała.
- Jak najbardziej. Ale przez to będziesz mi winna przysługę.
- Jeśli twoja pomoc okaże się warta mojej przysługi.
Uśmiechnąłem.
- Nawet nie wiesz jak bardzo, skarbeńku.
***
- I chcesz mi wmówić, że ty tutaj mieszkasz? - nie dowierzała Rosalin.
- Wierz lub nie - wzruszyłem ramionami. - Do niczego cię nie zmuszam.
Powoli podszedłem do budynku. Otworzyłem drzwi.
- Panie przodem - uśmiechnąłem się.
Dziewczyna przewróciła oczami. Weszła do środka, a ja od razu za nią. Weszliśmy na najwyższe piętro. Otworzyłem drzwi.
- Jakim cudem mieszkasz w takim... apartamencie?
- Zrobiło się to i owo - uśmiechnąłem się. - Chodź.
Zaprowadziłem Rosalin do gabinetu.
- Zamknij oczy, skarbeńku - doradziłem jej. - Jeśli zauważę, że podglądasz wydłubię ci oczy. A nie chciał bym ci tego zrobić. One tak ładnie świecą.
- Daruj - warknęła Rosalin zamykając oczy.
Podszedłem do regału z książkami. Wyciągnąłem jedną z nich. Otworzyłem ją. W środku było miejsce na wydrążony złoty klucz. Chwyciłem go po czym podszedłem do ściany. Kliknąłem kilka razy w paru miejscach. Ściana podjechała do góry ukazując sejf. Otworzyłem go. Później otworzyłem sejf w sejfie. I tam było to. Czarna skórzana torba. Wyciągnąłem ją. Zamknąłem wszystko i ponownie schowałem klucz. Muszę znaleźć lepsze miejsce na skrytkę, przemknęło mi przez myśl.
- Otwórz oczka, Rosalin - powiedziałem.
Dziewczyna zrobiła to i spojrzała na mnie.
- W tej torbie znajduje się 20 tyś. Albo bierzesz i będziesz mi dłużna, albo nie i narażasz przyjaciela na śmierć. Jak będzie, skarbeńku?
- Jeśli nie masz 20 tyś. przy sobie, to twój kolega będzie miał naprawdę wielkie kłopoty - stwierdziłem.
- Co ty nie powiesz? - mruknęła Rosalin siłując się z drzwiami. - Pierdole, nie robię.
- I jak ja ci mam niby pomóc? - spytałem podchodząc do drzwi. Zacząłem je powoli oglądać.
- Nie wiem. - dziewczyna wzruszyła ramionami. - Wymyśl coś o wielki i tajemniczy Herosie! Ratunku uciśnionych!
Podniosłem drzwi i wstawiłem je. Oparłem się swobodnie o ścianę.
- A wiesz... Mógłbym ci pomóc.
Rosalin spojrzała na mnie unosząc brew.
- Naprawdę? - spytała.
- Jak najbardziej. Ale przez to będziesz mi winna przysługę.
- Jeśli twoja pomoc okaże się warta mojej przysługi.
Uśmiechnąłem.
- Nawet nie wiesz jak bardzo, skarbeńku.
***
- I chcesz mi wmówić, że ty tutaj mieszkasz? - nie dowierzała Rosalin.
- Wierz lub nie - wzruszyłem ramionami. - Do niczego cię nie zmuszam.
Powoli podszedłem do budynku. Otworzyłem drzwi.
- Panie przodem - uśmiechnąłem się.
Dziewczyna przewróciła oczami. Weszła do środka, a ja od razu za nią. Weszliśmy na najwyższe piętro. Otworzyłem drzwi.
- Jakim cudem mieszkasz w takim... apartamencie?
- Zrobiło się to i owo - uśmiechnąłem się. - Chodź.
Zaprowadziłem Rosalin do gabinetu.
- Zamknij oczy, skarbeńku - doradziłem jej. - Jeśli zauważę, że podglądasz wydłubię ci oczy. A nie chciał bym ci tego zrobić. One tak ładnie świecą.
- Daruj - warknęła Rosalin zamykając oczy.
Podszedłem do regału z książkami. Wyciągnąłem jedną z nich. Otworzyłem ją. W środku było miejsce na wydrążony złoty klucz. Chwyciłem go po czym podszedłem do ściany. Kliknąłem kilka razy w paru miejscach. Ściana podjechała do góry ukazując sejf. Otworzyłem go. Później otworzyłem sejf w sejfie. I tam było to. Czarna skórzana torba. Wyciągnąłem ją. Zamknąłem wszystko i ponownie schowałem klucz. Muszę znaleźć lepsze miejsce na skrytkę, przemknęło mi przez myśl.
- Otwórz oczka, Rosalin - powiedziałem.
Dziewczyna zrobiła to i spojrzała na mnie.
- W tej torbie znajduje się 20 tyś. Albo bierzesz i będziesz mi dłużna, albo nie i narażasz przyjaciela na śmierć. Jak będzie, skarbeńku?
Od Rosalin Cd. Killian
- Porwali mi współlokatora - wyjaśniłam, bawiąc się pierścionkiem na palcu.
- To bardzo źle - mruknął niewzruszony chłopak. -Jak grzecznie poprosisz, to ci pomogę.
- Proszę - powiedziałam cicho, patrząc na niego. Czarnowłosy ujał swoją brodę, robiąc zamyśloną minę.
- Nie - wzruszył ramionami po chwili namysłu. Zmrużyłam powieki, patrząc na niego morderczo. Westchnęłam.
- Bardzo grzecznie proszę cię o pomoc w znalezieniu mojego współlokatora - wstałam i wyciągnęłam rękę w jego stronę. Spojrzał na nią flegmatycznie, po czym ujął ją mocno. Kącik ust mimowolnie uniósł mi się do góry.
- Tylko załatwmy to szybko - mruknął mężczyzna.
- To nie daleko. Dziesięć minut drogi - odparłam, wkładając ręce do kieszeni kurtki. Po kilkunastu minutach staliśmy przez wyważonymi drzwiami. Ponownie.
- O kurde... - czarnowłosy uniósł brwi w wyrazie zdumienia. Nie dziwię mu się. Całe mieszkanie wyglądało jak po przejściu huraganu. Z starego fotela została gąbka, podarty materiał i sprężyny. Stolik leżał porąbany gdzieś w kącie, razem z krzesłami.
- Wyrzuciłam już spalone ubrania i wywietrzyłam, więc nawet nie śmierdzi - powiedziałam cicho, wchodząc do swojego pokoju. - Zostawili to - podałam mu kopertę z listem w środku. - Jesteś Killian prawda? - Spytała ostrożnie, opierając się o ścianę.
- Być może... - odpowiedział powoli, zastygając w miejscu.
- Zazwyczaj ludzie się nie chwalą, że są Herosami, byle obcej osobie. Ale wiedziałam, że skądś cię kojarzę - pokiwałam głową. - Zajmij się tym listem i nie przeszkadzaj mi. Muszę znowu wstawić drzwi - mruknęłam, patrząc na rozwalone zawiasy.
- Mogę poznać twe imię skarbeńku?
- Rosalin - zmarszczyłam brwi, podciągając rękawy. Przykucnęłam, oglądając zniszczenia.
- To bardzo źle - mruknął niewzruszony chłopak. -Jak grzecznie poprosisz, to ci pomogę.
- Proszę - powiedziałam cicho, patrząc na niego. Czarnowłosy ujał swoją brodę, robiąc zamyśloną minę.
- Nie - wzruszył ramionami po chwili namysłu. Zmrużyłam powieki, patrząc na niego morderczo. Westchnęłam.
- Bardzo grzecznie proszę cię o pomoc w znalezieniu mojego współlokatora - wstałam i wyciągnęłam rękę w jego stronę. Spojrzał na nią flegmatycznie, po czym ujął ją mocno. Kącik ust mimowolnie uniósł mi się do góry.
- Tylko załatwmy to szybko - mruknął mężczyzna.
- To nie daleko. Dziesięć minut drogi - odparłam, wkładając ręce do kieszeni kurtki. Po kilkunastu minutach staliśmy przez wyważonymi drzwiami. Ponownie.
- O kurde... - czarnowłosy uniósł brwi w wyrazie zdumienia. Nie dziwię mu się. Całe mieszkanie wyglądało jak po przejściu huraganu. Z starego fotela została gąbka, podarty materiał i sprężyny. Stolik leżał porąbany gdzieś w kącie, razem z krzesłami.
- Wyrzuciłam już spalone ubrania i wywietrzyłam, więc nawet nie śmierdzi - powiedziałam cicho, wchodząc do swojego pokoju. - Zostawili to - podałam mu kopertę z listem w środku. - Jesteś Killian prawda? - Spytała ostrożnie, opierając się o ścianę.
- Być może... - odpowiedział powoli, zastygając w miejscu.
- Zazwyczaj ludzie się nie chwalą, że są Herosami, byle obcej osobie. Ale wiedziałam, że skądś cię kojarzę - pokiwałam głową. - Zajmij się tym listem i nie przeszkadzaj mi. Muszę znowu wstawić drzwi - mruknęłam, patrząc na rozwalone zawiasy.
- Mogę poznać twe imię skarbeńku?
- Rosalin - zmarszczyłam brwi, podciągając rękawy. Przykucnęłam, oglądając zniszczenia.
Od Killiana Cd. Rosalin
- Chciałem tylko oddać ci twoją zgubę - powiedziałem. - A jeśli ty to
inaczej interpretujesz, to twój problem. Równie dobrze mogłem okazać się
kimś gorszym - poruszyłem znacząco brwiami.
- Ty po prostu prosisz się, żeby ktoś jebnął cię w tę facjatę - mruknęła dziewczyna.
Zaśmiałem się.
- Może mi powiesz, skarbeńku... Czemu tak groziłaś temu dzieciakowi, co? Niestety przyszedłem zbyt późno by usłyszeć waszą całą konwersację.
- A co cię to obchodzi? - warknęła i zaczęła iść przed siebie.
Poszedłem za nią.
- Wiesz, niby byłem kiedyś Herosem. I mimo iż naprawdę nie obchodzi mnie co się stanie z tym gnojkiem, a pewnie kiedyś obchodziłoby, to teraz tylko chcę zaspokoić swoją ciekawość.
Dziewczyna odwróciła się nagle.
- Jeżeli ci powiem, to w końcu się odczepisz? - spytała.
Nachyliłem się tak, że tylko centymetry dzieliły nasze twarze.
- Masz to jak w banku, skarbeńku - uśmiechnąłem się.
Westchnęła.
- Po prostu zwinął coś z mieszkania, gdzie wynajmuje pokój - wzruszyła ramionami.
Zmarszczyłem brwi.
- Przez to, to całe halo?
- Jestem bardzo konsekwentna.
- Tia...
- Powiedziałam ci to co chciałeś, a teraz spływaj - dziewczyna zrobiła ruch jakby odgarniała muchę.
- Do zobaczenia później, skarbeńku - puściłem do niej oczko i odszedłem w swoją stronę.
***
Siedziałem w kawiarni i piłem kawę. Wróć! Siedziałem w kawiarni i piłem rum, w szklance od kawy. Życie jest piękne.
- Musisz mi pomóc - usłyszałem dziewczęcy głos.
Podniosłem wzrok. Przede mną siedziała dobrze mi znana dziewczyna.
- Czyżby silna i niezależna kobieta potrzebowała pomocy mężczyzny? - spytałem poruszając brwiami.
- Ugh. Cicho bądź.
Zaśmiałem się.
- Dobra, niech stracę, skarbeńku. Mów cóż to za problemik. Pamiętaj tylko, że wysłuchanie problemu, a pomoc to dwie różne rzeczy.
- Ty po prostu prosisz się, żeby ktoś jebnął cię w tę facjatę - mruknęła dziewczyna.
Zaśmiałem się.
- Może mi powiesz, skarbeńku... Czemu tak groziłaś temu dzieciakowi, co? Niestety przyszedłem zbyt późno by usłyszeć waszą całą konwersację.
- A co cię to obchodzi? - warknęła i zaczęła iść przed siebie.
Poszedłem za nią.
- Wiesz, niby byłem kiedyś Herosem. I mimo iż naprawdę nie obchodzi mnie co się stanie z tym gnojkiem, a pewnie kiedyś obchodziłoby, to teraz tylko chcę zaspokoić swoją ciekawość.
Dziewczyna odwróciła się nagle.
- Jeżeli ci powiem, to w końcu się odczepisz? - spytała.
Nachyliłem się tak, że tylko centymetry dzieliły nasze twarze.
- Masz to jak w banku, skarbeńku - uśmiechnąłem się.
Westchnęła.
- Po prostu zwinął coś z mieszkania, gdzie wynajmuje pokój - wzruszyła ramionami.
Zmarszczyłem brwi.
- Przez to, to całe halo?
- Jestem bardzo konsekwentna.
- Tia...
- Powiedziałam ci to co chciałeś, a teraz spływaj - dziewczyna zrobiła ruch jakby odgarniała muchę.
- Do zobaczenia później, skarbeńku - puściłem do niej oczko i odszedłem w swoją stronę.
***
Siedziałem w kawiarni i piłem kawę. Wróć! Siedziałem w kawiarni i piłem rum, w szklance od kawy. Życie jest piękne.
- Musisz mi pomóc - usłyszałem dziewczęcy głos.
Podniosłem wzrok. Przede mną siedziała dobrze mi znana dziewczyna.
- Czyżby silna i niezależna kobieta potrzebowała pomocy mężczyzny? - spytałem poruszając brwiami.
- Ugh. Cicho bądź.
Zaśmiałem się.
- Dobra, niech stracę, skarbeńku. Mów cóż to za problemik. Pamiętaj tylko, że wysłuchanie problemu, a pomoc to dwie różne rzeczy.
Od Rosalin Cd. Killian
Prychnęłam, patrząc za odchodzącym chłopkiem. Bohater się znalazł.
Otworzyłam portfel i przeliczyłam skromną zawartość. Wszystko jest.
Założyłam kaptur na głowę, rozejrzałam się dookoła, po czym ruszyłam
przed siebie. Po dwudziestu minutach byłam przed blokiem. Kiedy
otworzyła drzwi, wypadła na mnie dwójka dzieciaków.
- Uważajcie jak łazicie - warknęłam.
- Sama uważaj jak chodzisz suko! - odkrzyknął starszy z nich. Brunet z krótkimi włosami, ubrany w dres i kamizelkę. Rechocząc głupio, odbiegli. Kręcąc głową, weszłam do środka. Pod schodami spał jakiś menel. Przez chwilę myślałam nad tym, by go nie przegonić.
- A j*bać to... - mruknęłam pod nosem, zostawiając faceta w spokoju. Powoli weszłam po schodach na najwyższe piętr budynku. Zmarszczyłam brwi. Coś mi nie pasuje... Na ścianie była krew, a drzwi od mieszkania zostały wyłamane. Po cichu podkradłam się do ściany, nasłuchując. Usłyszałam głośny jęk i dźwięk tłuczonego szkła. Szybko wbiegłam do środka.
- Mike! - Zawołałam głośno na widok leżącego na ziemi chłopaka. Trzymał się za zranioną nogę, wyginając głowę do tyłu. Cały się trząsł. Nienaturalnie bladą skórę zrosił pot a oczy miały malutkie źrenice. - Co się stało? Jesteś na głodzie - zauważyłam. Pobiegłam do swojego pokoju. Również był zniszczony,ale w mniejszym stopniu. Może dlatego, że bardziej się go już spierdolić nie dało. Uniosłam jedną z obluzowanych desek, wyjmując spod niej zwykłą foliówkę. W środku był cały zestaw do podania narkotyku. Podbiegłam z powrotem do Mike'a. Po niecałej minucie, ostrożnie wbiłam mu igłę w zgięcie łokcia. Drgawki momentalnie ustały,a powieki chłopaka zamknęły się powoli. Patrzyłam jak mięśnie rozluźniają się. Opadłam na podłogę, zasłaniając oczy dłonią. Blondyn doszedł do siebie po dziesięciu minutach.
- Przyszli dwie godziny po tym jak wyszłaś - zaczął cicho, dalej nie podnosząc powiek. Miał bardzo zachrypnięty głos. Podeszłam do zlewu i nalałam mu szklankę wody. Pomogłam chłopakowi oprzeć się o szafkę, po czym podstawiłam szkło do ust, by mógł się napić. - Najpierw zabrali mi towar. Nic nie skołowałem na mieście. Kiedy byłem na głodzie, przyszła dwójka dzieciaków. Wbili mi nóż w nogę i coś zabrali. Nie wiem co - opowiedział chłopak. Pokiwałam głową, po czym wstałam.
- Gdybyś nie był ćpunem, nie stało by się to - powiedziałam tylko, odkładając szklankę i idąc do siebie. Przystanęłam w drzwiach. - Dasz radę naprawić jutro drzwi?
- Tak
- Dobrze - skinęłam głową, po czym weszłam do siebie.
***
Następnego ranka stałam przed jedyną szkołą w tej dzielnicy. Uważnie patrzyłam na wychodzących uczniów.
- Przyszłość narodu. Dobre żarty - prychnęłam, widząc palącą młodzież. Trzy dziewczyny dawały sobie w żyłę, pod głównymi schodami. W końcu jednak wyszedł on. Pucowaty chłopak w dresie i kamizelce. Obserwując go uważnie spod kaptura, ruszyłam za nim. Nic nie podejrzewał, szybkim krokiem idąc przed siebie. Skręcił w boczną uliczkę. Bingo. Pobiegłam za nim. Chwyciłam mocno za ubranie i przyszpiliłam do ściany. Rozglądnęłam się dookoła, upewniając, czy nikt niczego nie widział, jednak nigdzie w zasięgu wzroku nie było żadnej żywej duszy. Chłopak wyglądał na jakieś trzynaście, może czternaście lat. Patrzył na mnie szeroko otwartymi ze strachu oczami.
- Co wczoraj ukradliście z tamtego mieszkania? - Warknęłam.
- Radio. Ale opchnęliśmy je w pobliskim lombardzie - wydukał chłopiec. Tchórz i zdrajca.
- Gdzie macie pieniądze? - Dopytałam. Tym razem milczał. Uderzyłam go z liścia w twarz.
- Nie ma ich okej?! - krzyknął dzieciak, próbując się wyrwać. - Ma je Max!
- Dzisiaj grzecznie wrzucisz mi je do skrzynki na listy. Pamiętaj, że zawsze cię znajdę, więc nawet nie próbuj uciekać - mruknęłam, puszczając go. Na pożegnanie dostał jeszcze kopa w tyłek. Uciekał, aż się za nim kurzyło.
-Nie ładnie tak straszyć dzieci skarbeńku - zauważył męski głos za moimi plecami. Westchnęłam, odwracając się do mężczyzny. Stał, oparty swobodnie o ceglastą ścianę.
- Po prostu odzyskuję to co moje - odparłam. - Nie ładnie jest również śledzić obce kobiety i atakować je w środku nocy na ulicy - mruknęłam, patrząc na niego znacząco.
- Uważajcie jak łazicie - warknęłam.
- Sama uważaj jak chodzisz suko! - odkrzyknął starszy z nich. Brunet z krótkimi włosami, ubrany w dres i kamizelkę. Rechocząc głupio, odbiegli. Kręcąc głową, weszłam do środka. Pod schodami spał jakiś menel. Przez chwilę myślałam nad tym, by go nie przegonić.
- A j*bać to... - mruknęłam pod nosem, zostawiając faceta w spokoju. Powoli weszłam po schodach na najwyższe piętr budynku. Zmarszczyłam brwi. Coś mi nie pasuje... Na ścianie była krew, a drzwi od mieszkania zostały wyłamane. Po cichu podkradłam się do ściany, nasłuchując. Usłyszałam głośny jęk i dźwięk tłuczonego szkła. Szybko wbiegłam do środka.
- Mike! - Zawołałam głośno na widok leżącego na ziemi chłopaka. Trzymał się za zranioną nogę, wyginając głowę do tyłu. Cały się trząsł. Nienaturalnie bladą skórę zrosił pot a oczy miały malutkie źrenice. - Co się stało? Jesteś na głodzie - zauważyłam. Pobiegłam do swojego pokoju. Również był zniszczony,ale w mniejszym stopniu. Może dlatego, że bardziej się go już spierdolić nie dało. Uniosłam jedną z obluzowanych desek, wyjmując spod niej zwykłą foliówkę. W środku był cały zestaw do podania narkotyku. Podbiegłam z powrotem do Mike'a. Po niecałej minucie, ostrożnie wbiłam mu igłę w zgięcie łokcia. Drgawki momentalnie ustały,a powieki chłopaka zamknęły się powoli. Patrzyłam jak mięśnie rozluźniają się. Opadłam na podłogę, zasłaniając oczy dłonią. Blondyn doszedł do siebie po dziesięciu minutach.
- Przyszli dwie godziny po tym jak wyszłaś - zaczął cicho, dalej nie podnosząc powiek. Miał bardzo zachrypnięty głos. Podeszłam do zlewu i nalałam mu szklankę wody. Pomogłam chłopakowi oprzeć się o szafkę, po czym podstawiłam szkło do ust, by mógł się napić. - Najpierw zabrali mi towar. Nic nie skołowałem na mieście. Kiedy byłem na głodzie, przyszła dwójka dzieciaków. Wbili mi nóż w nogę i coś zabrali. Nie wiem co - opowiedział chłopak. Pokiwałam głową, po czym wstałam.
- Gdybyś nie był ćpunem, nie stało by się to - powiedziałam tylko, odkładając szklankę i idąc do siebie. Przystanęłam w drzwiach. - Dasz radę naprawić jutro drzwi?
- Tak
- Dobrze - skinęłam głową, po czym weszłam do siebie.
***
Następnego ranka stałam przed jedyną szkołą w tej dzielnicy. Uważnie patrzyłam na wychodzących uczniów.
- Przyszłość narodu. Dobre żarty - prychnęłam, widząc palącą młodzież. Trzy dziewczyny dawały sobie w żyłę, pod głównymi schodami. W końcu jednak wyszedł on. Pucowaty chłopak w dresie i kamizelce. Obserwując go uważnie spod kaptura, ruszyłam za nim. Nic nie podejrzewał, szybkim krokiem idąc przed siebie. Skręcił w boczną uliczkę. Bingo. Pobiegłam za nim. Chwyciłam mocno za ubranie i przyszpiliłam do ściany. Rozglądnęłam się dookoła, upewniając, czy nikt niczego nie widział, jednak nigdzie w zasięgu wzroku nie było żadnej żywej duszy. Chłopak wyglądał na jakieś trzynaście, może czternaście lat. Patrzył na mnie szeroko otwartymi ze strachu oczami.
- Co wczoraj ukradliście z tamtego mieszkania? - Warknęłam.
- Radio. Ale opchnęliśmy je w pobliskim lombardzie - wydukał chłopiec. Tchórz i zdrajca.
- Gdzie macie pieniądze? - Dopytałam. Tym razem milczał. Uderzyłam go z liścia w twarz.
- Nie ma ich okej?! - krzyknął dzieciak, próbując się wyrwać. - Ma je Max!
- Dzisiaj grzecznie wrzucisz mi je do skrzynki na listy. Pamiętaj, że zawsze cię znajdę, więc nawet nie próbuj uciekać - mruknęłam, puszczając go. Na pożegnanie dostał jeszcze kopa w tyłek. Uciekał, aż się za nim kurzyło.
-Nie ładnie tak straszyć dzieci skarbeńku - zauważył męski głos za moimi plecami. Westchnęłam, odwracając się do mężczyzny. Stał, oparty swobodnie o ceglastą ścianę.
- Po prostu odzyskuję to co moje - odparłam. - Nie ładnie jest również śledzić obce kobiety i atakować je w środku nocy na ulicy - mruknęłam, patrząc na niego znacząco.
Od Killiana Cd. Rosalin
Szedłem sobie ulicą. Było ciemno. Zobaczyłem samotny portfel leżący na
ulicy. Podniosłem go i rozejrzałem się dookoła. Nikogo nie było. Już
miałem schować portfel do kieszeni i pójść dalej, ale poczułem coś
dziwnego.
- Och, cześć sumienie - mruknąłem. - Myślałem, że nie żyjesz.
Ponownie się rozejrzałem. Tam, chen w oddali ktoś szedł.
- To ostatni raz.
Przyśpieszyłem kroku. Byłem już prawie za tym kimś. Zacząłem biec. Osoba przede mną również. Gdy byłem blisko, chwyciłem tego kogoś za kaptur. Krzyknął obracając się. Dostałem w twarz. A gdy zatoczyłem się do tylu dostałem jeszcze w krocze. Upadłem jednak chwyciłem dziewczynę (albo tak zauważyłem między kolejnymi ciosami) za kostkę.
Do dupy z takim pomaganiem, pomyślałem. Kiedyś byli bardziej wdzięczni.
- Chciałem ci to tylko oddać - wysapałem podając jej przedmiot.
- Żartujesz sobie? - spytała chwytając zgubę i chowając do kieszeni. Przez chwilę przyglądała mi się, co uznałem za lekko dziwaczne, po czym nic nie mówiąc wstała i odeszła.
Jęknąłem.
- Czekaj - powiedziałem powoli gramoląc się na nogi. - Żadnego dziękuję nie powiesz, swojemu bohaterowi, skarbeńku?
- Prędzej jeszcze raz bym ci przypierdoliła w krocze - stwierdziła.
- Uuu... Jaka zadziorna - wstałem powoli. - Cieszmy się i radujmy, więc, że nie zatrzymałem tej zguby dla siebie.
Dziewczyna przewróciła oczami.
- A nie chcesz poznać imienia swego wybawcy? - spytałem.
- Nie - odparła krótko.
- W sumie to dobrze, bo i tak bym ci nie powiedział. Trudno. Do zobaczenia w przyszłości skarbeńku.
I nie czekając na jej odpowiedź odwróciłem się i poszedłem przed siebie. Fajnie byłoby znowu poskakać po dachach, pomyślałem. Rozejrzałem się dookoła. Nikogo nie było. Podbiegłem pod najbliższy budynek i zacząłem się wspinać. Po chwili biegałem po dachu niczym pan tego miasta. Niczym jak za starych, dobrych czasów.
<Jak tam dalej idzie, skarbeńku?>
- Och, cześć sumienie - mruknąłem. - Myślałem, że nie żyjesz.
Ponownie się rozejrzałem. Tam, chen w oddali ktoś szedł.
- To ostatni raz.
Przyśpieszyłem kroku. Byłem już prawie za tym kimś. Zacząłem biec. Osoba przede mną również. Gdy byłem blisko, chwyciłem tego kogoś za kaptur. Krzyknął obracając się. Dostałem w twarz. A gdy zatoczyłem się do tylu dostałem jeszcze w krocze. Upadłem jednak chwyciłem dziewczynę (albo tak zauważyłem między kolejnymi ciosami) za kostkę.
Do dupy z takim pomaganiem, pomyślałem. Kiedyś byli bardziej wdzięczni.
- Chciałem ci to tylko oddać - wysapałem podając jej przedmiot.
- Żartujesz sobie? - spytała chwytając zgubę i chowając do kieszeni. Przez chwilę przyglądała mi się, co uznałem za lekko dziwaczne, po czym nic nie mówiąc wstała i odeszła.
Jęknąłem.
- Czekaj - powiedziałem powoli gramoląc się na nogi. - Żadnego dziękuję nie powiesz, swojemu bohaterowi, skarbeńku?
- Prędzej jeszcze raz bym ci przypierdoliła w krocze - stwierdziła.
- Uuu... Jaka zadziorna - wstałem powoli. - Cieszmy się i radujmy, więc, że nie zatrzymałem tej zguby dla siebie.
Dziewczyna przewróciła oczami.
- A nie chcesz poznać imienia swego wybawcy? - spytałem.
- Nie - odparła krótko.
- W sumie to dobrze, bo i tak bym ci nie powiedział. Trudno. Do zobaczenia w przyszłości skarbeńku.
I nie czekając na jej odpowiedź odwróciłem się i poszedłem przed siebie. Fajnie byłoby znowu poskakać po dachach, pomyślałem. Rozejrzałem się dookoła. Nikogo nie było. Podbiegłem pod najbliższy budynek i zacząłem się wspinać. Po chwili biegałem po dachu niczym pan tego miasta. Niczym jak za starych, dobrych czasów.
<Jak tam dalej idzie, skarbeńku?>
Subskrybuj:
Posty (Atom)