- No zajebiście - mruknęłam, patrząc jak Killian odchodzi. - Jest zimno, a stoję na dworze i jeszcze wyglądam jak dziwka. Nie chcę tak umrzeć - powiedziałam sama do siebie, poprawiając sukienkę. Patrzyłam ze spokojem jak mój oddech zamienia się w obłoczki pary. Ciekawe czy Mike zamknął okno w mieszkaniu...?
- Piękny wieczór prawda? - Spytał jakiś mężczyzna, pojawiając się obok. Podskoczyłam, patrząc na jego niezwykle piękną twarz. Blada skóra, lekko wystające kości policzkowe, zielone oczy i kruczoczarne włosy, zaczesane do tyłu. - Co taka kobieta robi sama na odludziu? Krążą tutaj różni ludzie... Nie zawsze mili - zamruczał, sięgając ręką do mojego łokcia.
- Nie dotykaj mnie - odsunęłam się, mierząc go wzrokiem Wysoki, aczkolwiek dziwnie chudy. Może przyprowadził kogoś jeszcze. Nagle uśmiechnął się szeroko, a jego koścista dłoń zacisnęła się na moim łokciu. Krzyknęłam, jednocześnie kopiąc go w brzuch.
- Zostaw ją! - powiedział stanowczo Killian, stając za plecami mężczyzny. Ten, jak zaczarowany, puścił mnie i odszedł. - Wszystko dobrze skarbeńku? - Spytał Kill, poprawiając pasek od torby, którą trzymał na ramieniu. Pokiwałam tylko głową, łapiąc się za bolące miejsce.
- Tylko mnie nastraszył i nabił siniaka - odpowiedziałam, rozglądając się dookoła. - Chodźmy stąd.
- Już skarbusiu. Taksówka zaraz będzie - odparł chłopak.
- Co tam masz? - Ruchem głowy wskazałam na ciemną torbę.
- Nie twój interes kiciu.I nawet nie próbuj się dowiedzieć - ostatnie słowo warknął.
- Spokojnie. Tylko się spytałam - uniosłam ręce w geście obronnym. Po chwili przyjechała taksówka. W ciszy pojechaliśmy do mieszkania mężczyzny.
- Jak chcesz, to możesz iść pierwsza pod prysznic. Ja muszę coś zrobić. Ręczniki są w szafce przy drzwiach - powiedział Kill, rzucając torbę na sofę. Skinęłam głową i poszłam do łazienki. Wyszłam po dwudziestu minutach.
- Killian? - Wychyliłam głowę zza drzwi. Czarnowłosy siedział w salonie, pijąc wino. Torba gdzieś zniknęła.
- Tak skarbusiu?
- Możesz nie patrzeć? Nie wzięłam piżamy - powiedziałam, spuszczając głowę. Mężczyzna uśmiechnął się szeroko, poruszając brwiami. - Proszę...
- Co będę z tego miał?
- Jesteś pieprzonym materialistą! - krzyknęłam, czerwona na twarzy.
- Nie radzę teraz na mnie krzyczeć skarbeńku. To ty chcesz coś ugadać.
- To co będę musiała zrobić? - zrezygnowana oparłam głowę o framugę
- Moje łóżko jest zimne i samotne...
- Na to nie licz - mruknęłam. - I nawet o tym nie myśl.
- Jeszcze kiedyś się przekonasz - uśmiechnął się szeroko. - Idź już. Doliczę to do twojego długu - odetchnęłam cicho i owinięta w ręcznik, przeszłam przez całe mieszkanie do swojego pokoju. Nawet nie sprawdzałam, czy Killian podgląda. Wolałam myśleć, że nie. Zamknęłam cicho drzwi, po czym od razu się o nie oparłam. Nigdy więcej. Szybko przebrałam się w dres. Wróciłam do salonu.
- Wyjaśnij mi o co chodzi z jutrem - powiedziałam, siadając na sofie.
- Przyjdzie Henry. Masz odebrać od niego torbę. Jak będzie chciał wejść czy coś, to daj mu chociaż herbatę czy coś. Posiedzi z piętnaście minut a potem pójdzie.
- Czyli mam tylko odebrać torbę? - upewniłam się.
- Dokładnie tak skarbusiu - mężczyzna skinął głową, podając mi kieliszek z winem.
- Co jeśli nie będzie miał kasy?
- Będzie miał. Uwierz mi. Będzie miał.
- Nie piję więcej. Idę spać, bo padam z nóg. Branoc - rzuciłam, idąc do pokoju.Padłam na łóżko, zakopując się w miękkiej pościeli i zapadłam w głęboki sen.
***
Następnego ranka obudziło mnie wściekłe pukanie do frontowych drzwi. Owinięta kołdrą, wstałam z łóżka i poszłam otworzyć. Na korytarzu stał Henry.
- Jest Kilian? - Spytał mężczyzna,patrząc mi przez ramię.
- Nie ma go. Prosił,bym ciebie ugościła - uśmiechnęłam się tak szczerze jak mogłam, bez porannej kawy.
- Weź to tylko. Może innym razem wpadnę - powiedział, podając mi czarną torbę. Chwyciłam mocno pasek, po czym pchnęłam ją w głąb mieszkania.
- Baju, baju - zatrzasnęłam mu drzwi przed nosem, jednocześnie przekręcając klucz w zamku. Poczłapałam do kuchni, by się wybudzić.
***
Godzinę później szłam ze spokojem ulicą. Powinnam odwiedzić Mike'a, ale jakoś nie mam ochoty wycierać jego wymiocin. Muszę znaleźć cokolwiek z czego mogłabym się utrzymać, kiedy już wyprowadzę się od Killiana. Nie, żebym go nie lubiła, ale... W sumie to go nie lubię. I dlatego chcę się wyprowadzić. Nagle śmietnik w uliczce przewrócił się, a cały syf ze środka znalazł się przede mną.
- Zajebiście - mruknęłam. Nagle jeden z worków poruszył się. Zmarszczyłam brwi, kucając. - Co jest...? - Szepnęłam, rozwiązując supeł na samej górze. W środku był szczeniak. Miał może miesiąc. Ciemnobrązowe futro było całe posklejane od brudu, a duże oczy zlepiła ropa. Malec zaszczekał cicho, próbując wstać. Sama skóra i kości. - Chodź maluszku - ostrożnie wzięłam go na ręce, owijając w kurtkę. Pewnie miał pełno pcheł i innych paskudztw. Nie chciałam czegoś takiego złapać.
***
Do mieszkania wróciłam późnym wieczorem.
- Jestem! Wybacz, że tak długo, ale musiałam coś załatwić - powiedziałam do Kiliana, siedzącego w salonie. Upewniłam się, że jest czymś zajęty i zaczęłam iść w stronę pokoju. Nawet nie podniósł wzroku znad dokumentów. Byłam już prawie u celu, kiedy szczeniak pisnął. Skrzywiłam się, odwracając plecami do mężczyzny.
- Pisnęłaś? - Spytał lekko rozbawiony Kill.
- Tak. Lubię od czasu do czasu popiszczeć - skłamałam, głaszcząc psa po pyszczku.
- Jakoś nigdy tego nie słyszałem.
- Nie słuchałeś wystarczająco dobrze - odparłam lekko.
- No już. Nie kłam mi tutaj. Odwracaj się - Killian patrzył na mnie surowo. Podeszłam do kanapy z zwierzęciem na rękach.
- Znalazłam go dzisiaj... Nie mogłam go tak zostawić - szepnęłam, spuszczając wzrok.
Kill?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz